Varanasi

Przesiedziałem wczoraj nad blogiem i jakoś nie miałem ochoty wstać. Pogodę zapowiadali kiepską i faktycznie mimo 9:30 jeszcze mrocznawo i pochmurno. Zwlekamy się z leża nieśpiesznie. Tak nieśpiesznie że śniadanie jemy przed 12. Jednak dziś jest nawet cieplej bo na tym dachu gdzie jest bar nie wieje. Ciekawie bo tu z automatu te śniadania doliczają nam do rachunku. Dzisiaj jemy jajka z jajkami. Czyli omlet i jajka na twardo a Iza sadzone. Do tego nieśmiertelne tosty. Obsługa te śniadania przyrządza dość długo więc zawsze jest czas pogapić się z tarasu na stosy pogrzebowe.

Miałem plan by kupić sobie jakieś indyjskie ubrania. Coś w rodzaju długie koszuli. Nawet się za tym rozglądałem. Pomyślałem że to będzie fajne. Nie byłbym tutaj oryginalny bo ciągle się widzi tutaj jakiś białasów poprzebieranych w lokalne ubrania. Większe grupy wyglądają wręcz zabawnie. Kolorowe chusty, luźne koszule, wątpliwej czystości gacie z krokiem do kolan. Pomyślałem, że hindusi tak nie wyglądają a oni chcą być bardziej hinduscy niż sami hindusi. Dam sobie siana z tymi łachami.

Plan na dziś to przepłynięcie na drugą stronę rzeki i pooglądanie Gat z dystansu. Zresztą te całe masy tubylców po coś tam płyną. Od kilku wioślarzy skutecznie się odganiamy ale w końcu negocjujemy cenę z jakimś młodym. Oczywiście na start krzyczy 200. A chcemy przepłynąć tylko na drugą stronę. Ale widzę, że oni sobie to przeliczają na godziny. 200 rupii to standardowa stawka za godzinę. Kryje się za tym pułapka bo np. najciekawszych Gat nie da rady zobaczyć z łódki w ciągu godziny, a już nie na pewno jeżeli płynie się w obie strony. A wioślarz nie zwróci uwagi, że umówiona godzina już się kończy. Rachunek więc przy wysiadaniu jest słońszy jak Ganesza. Jak się zaczynamy targować to idzie podobna śpiewka jak wczoraj. Że to ciężka praca i oni muszą tyle wiosłować. No dobra ale przecież nie ma przymusu. Nasza propozycja to 150 on nie chce. To my też nie. Oddalamy się no to nie chce nas puścić. Pyta jak długo chcemy być na drugim brzegu. 30min nam wystarczy. Ok to się godzi. Płyniemy. Krypa stara jak każda tutaj ale wydaje się w miarę bezpieczna. Widoki na Gaty z rzeki naprawdę fajne. O wiele fajniejsze niż z brzegu. A pogoda się poprawiła mocno, jest słońce i cieplutko. Młody coś zagaduje ale lepiej żeby się nie odzywał. W ogóle nie wiem czemu oni zakładają, że chce się słuchać ich opowieści. Druga strona jest wielką łachą piachu. Nic tam więcej nie ma. Ale tubylcy płyną tam chyba z dwóch powodów. Dla widoku jak my, i dla kąpieli. Woda jest czystsza, mniej gapiów. Kobietki dokonują obmycia w ubraniach, przebierają się a mokre sarii rozkładają do suszenia na piachu. Dlatego to tak kolorowo wygląda z oddali. Spacerujemy robiąc zdjęcia. Lokalsi zorganizowali tam jeszcze jedną atrakcję. Można się przewieźć na koniu. Zaraz nas namierzyli ale na szczęście nie byli zbyt natarczywi. Po powrocie zaczyna się stara śpiewka, że byliśmy dłużej niż pół godziny i że należy się więcej. Nie byliśmy na drugim brzegu więcej niż pół godziny ale on oczywiście liczył czas z wiosłowaniem. No tak miał 25 minut wiosłowania, 35 minut czekania na nas. Spracował się. Dobra daję mu 200 i niech spada bo nie mam już cierpliwości do tych ludzi. Te rejsy są może i fajne ale finansowo to jedno wielkie oszustwo.

Siedzimy na brzegu przy głównej gacie i pijemy herbatkę masala. Ciepło nas pieści i jest fajnie. Nawet naganiacze na cokolwiek jakby się odczepili na chwilę. Gdzieś tu w pobliżu jest ważna świątynia zwana złotą. Ze złota ma tylko kopułę i ponoć jej dobrze nie widać. Trzeba tylko wyjść odpowiednią Gatą w wąskie uliczki. Idziemy za rzeką pielgrzymów. Wkrótce korkujemy się na skrzyżowaniu uliczek o szerokości półtora metra. Stoją żołnierze pod bronią i pilnują dolotu do świątyni. Trzeba gdzieś zostawić wszystko bo nie wpuszczają. U jakiegoś Koreańczyka przyczepiają się nawet do pomadki do ust. Ok ja zostaję z manelami Iza idzie sama. Jak żołnierz zobaczył że Iza jest sama to zaraz miał za dużo do powiedzenia i rwał się do macania. Musiałem się pokazać na chwilę żeby się odczepił. W sumie niewiele tam widać a do samej świątyni nie wiernych nie wpuszczają. Ponoć niektórym się udaje. Ta świątynia to po prostu jeszcze jeden budynek w tak nabitej budynkami strefie z mega wąskimi uliczkami. Nie da się jej zrobić zdjęcia. Nie wiem po co nie wolno robić zdjęć.

Chcemy popatrzeć na resztę wybrzeża poza tą największą Gatą gdzie spalają zwłoki. Omijamy wąskimi uliczkami starego miasta. Dale ilość Gat jest jeszcze całkiem nie mała. Ciągną się aż do widocznego w oddali mostu kolejowego. Są mniej skomercjalizowane i niema tu tylu naganiaczy a życie toczy się leniwie . Godne polecenia na spokojniejszy spacer. Wracamy powoli do hotelu. Odeszliśmy spory kawałek. Ledwo dolazłem. Uliczki ciągle się korkowały tłumami pielgrzymów, krowami i motocyklistami. Szliśmy na wyczucie i coś się ciągnęło a na hotel wypadliśmy z nienacka gdy nikt się nie spodziewał. Podpakowaliśmy się trochę ale postanowiliśmy jeszcze wyjść pobyć na gacie przy płonących stosach. W końcu jest to pod hotelem. Chyba było jednak dość późno pan z recepcji spał rozłożonym materacu w przejściu – między drzwiami wyjściowymi a recepcją. Rezygnujemy z przechadzki. Iza śpi a ja piszę jeszcze bloga. Kontem oka zobaczyłem, że coś się porusza na podłodze. Robal! Ale jaki. Długi na jakieś 6 cm z wieloma nogami i czółkami. No wyglądał ciekawie ale się trochę przestraszyłem. Nie wiadomo co mógłby nam odgryźć. Zanim go zatłukłam zrobiłem jeszcze zdjęcie.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *