Indie północne 2012

27 Sty

Jodhpur – Nagaur

Wyszedłem z pokoju zamówić śniadanie o 8:45 bo znając ich ruchy to szybko jedzenia nie zrobią I już o 9:30 mogliśmy się cieszyć jedzonkiem. Tyle szczęścia nie mieli ci którzy weszli na sam dach bo obsługa szybko o nich zapomniała i nawet nie dostali karty. Z hotelu wylogowaliśmy się ok 10. 30 minut spokojnie wystarczy na dostanie się na dworzec. Na dworcu jak to na dworcu. Już w czasie rezerwacji widzieliśmy, że coś jest nie tak bo do Nagauru były dwa pociągi o tej samej godzinie i przyjeżdżały też o tej samej. Numery miały inne jeden to 14888 a drugi 24888. Jednak kupiliśmy bilet na 14888 a na dworcu informacja jest tylko o 24888. Trzeba się ruszyć, wysilić angielski w informacji. Pani mówi, że wszystko jest ok, trzeba iść na platformę nr 2. Bo tu nie ma peronów są tylko platformy. Numerowane od 1. Np. w Kalkucie jest chyba z 28 platform. Trzeba też koniecznie wsiąść do wagonu jaki ma się wybity na bilecie. Na platformę 2 trzeba przejść przez wiadukt. Ludzie już stoją choć tłoku nie ma. Byliśmy trochę zaniepokojeni ale znaleźliśmy swoje nazwiska na liście która na tym dworcu wisiała na tablicy na platformie nr 2. No i pociąg wjechał nasz a na wyświetlaczu był ten drugi. Pociąg pustawy. Albo trasa nie uczęszczana albo dzienne pociągi nie cieszą się wzięciem. Do Nagauru mamy jakieś 2 godziny i 40 min. Kierunek ten wymyśliliśmy na prędce. W przewodniku informacji jest może ze 4 akapity a do zwiedzania fort. Miasto ma być małe ale to tutaj kwestia względna. Np. 100 tysięcy to tutaj wiocha.

Dworzec niewielki ale wydaje się być dobrze zorganizowany i w miarę czysty. Przed dworcem cztery riksze na krzyż i nikt z nich po nas nie wyszedł. I dobrze bo do hotelu jest z 8 minut na nogach. Hotel Bhaskar naprzeciwko szpitala jest w przewodniku. Z wierzchu wygląda ani lepiej ani gorzej niż inne. Na recepcji wzbudzamy panikę ponieważ nikt nic nie mówi po angielsku. Musiano wezwać szefa albo głowę rodziny. Trudno ocenić. Idziemy oglądać pokoje. Pierwszy nie za czysty, kibel narciarz ale ciepła woda. Drugi malutki bez okna ale z drzwiami na balkon, kibel normalny i telewizorek lcd na ścianie. Pytamy o coś większego. Te większy to w ogóle dwa pomieszczenia. W pierwszym stoi sofa ale zakurzona białym pyłem jak po malowaniu i jakaś ława w drugim łóżko. Ale pokój brudny, pod oknami leżą jakieś trociny. Nie wiem czy to jeszcze miało by być posprzątane czy to już tak ma być. Chłopaki co nas oprowadzają nic nie kumają. Szkoda naszego czasu. Na wyjście pytamy jeszcze z ciekawości o cenę tego dwuizbowego – 1000 rupii. O ile można się było wcześniej zastanawiać to wygórowana cena zadecydowała.

Szukamy drugiego hotelu. Jest ponoć 1km za fortem. Bez rikszy się nie obejdzie. Riksze tutaj kursują jak mini autobusiki. Zbierają pasażerów jadących w tą samą stronę. Dzięki temu jest taniej. Szerokie ulice szybko zmieniły się w wąziutkie z typowo handlowo-usługową zabudową. Mijamy fort i wkrótce widać dość duży budynek hotelu Mahaveer International. International to może on i jest tylko znowu nikt w żadnym języku nie mówi. Ściągają kogoś. Pokoje mają idziemy oglądać. Recepcja i lounge wyglądają ładnie ale są chyba w stanie permanentnego niedokończenia. Wszystko w kamieniach i marmurach. Pokój bardzo ładny widać, że nowy. Cena 1500. Stać nas ale do tej pory wszystkie noclegi mieliśmy za 1000 i mniej więc pytamy o tańsze. Idziemy do starszej części hotelu. Tu klimaty jak zwykle choć ten hotel usiłuje trzymać jakiś poziom. Pokój spory z wiatrakiem, tylko ściany wymagały by odświeżenia. Jest telewizor i spora łazienka z ciepłą wodą. Nawet mała ława z drewnianą sofką. Cena 750. Bierzemy. Dostajemy mydełko, szamponetki i ręczniki. Wszystko w cenie. Rozkładamy manele i idziemy zwiedzać. Pora jest jeszcze przyzwoita, pełne słońce i cieplutko. Hotel zlokalizowany jest w okolicy stacji autobusowej więc jutro nie będziemy musieli szukać.

Nie wszyscy rikszarze wiedzą, że fort to fort. Bariera językowa bywa zabawna ale jeżeli dłuższy czas nie można się dogadać człowiek się denerwuje. Rikszarz robi minę powtarza słowo, rozgląda się panicznie wokół szukając pomocy. Jednak jeden zrozumiał i jedziemy razem z jakimś jeszcze pasażerem który jedzie w tą samą stronę. Fort nie stoi na jakiejś skale czy wzgórzu jak w Jodhpurze. Potężne mury stoją w środku miasta. Riksza wysadza nas przy głównej bramie i kasuje 5 rupii od osoby. Jakiś uczciwy rikszarz. Wejście 100 rupii od osoby i 50 za zdjęcia. Dostajemy przewodnika żeby nas podprowadził. Początkowo myśleliśmy, że to regularny przewodnik bo miał jakąś plakietkę ale nie gadał po angielsku więc tylko podprowadził nas do głównych atrakcji na tym dość dużym terenie. Obiekt miał być odnowiony i faktycznie jest w niezłym stanie a prace cały czas trwają. Snujemy się po pałacach i murach obronnych do końca dnia. Wygonił nas w końcu głód. Iza z murów wypatrzyła jakąś knajpę w stylu indyjskim ale z bliska okazała się zbyt indyjska. W ogóle w okolicy nie ma jakiejś znośnej jadłodajni. Wracamy do hotelu bo tam jest. Po drodze Iza je w cukierni jakieś słodycze bliżej nie określone. Trzy stoliki do picia woda z metalowego dzbanka lana z kranu. Wszyscy nam się przyglądają. 50 rupii wydaje się być ceną wygórowaną za ten deser ale tak to już jest jak się nie zapyta przed jedzeniem a cennika nie ma. Do hotelu wracam na piechotę mając nadzieję, że jednak będzie po drodze jakiś bar. Nie było. Nawet sklepiki zaczęły się już zwijać. Doszliśmy do hotelu gdzie byliśmy jedynymi gośćmi w restauracji. Znów pomoc szefa okazała się niezbędna bo menu jest tylko w hindi. Wygrzebali jakieś po angielsku ale stare i ceny się nie zgadzały. Ale udało się zamówić thali i panir masala. Jedzenie dobre.

Idziemy do pokoju a tu w łazience nie ma światła. Tzn. jarzeniówka jest ale nie działa. Zgłosiłem to do obsługi. Najpierw przyszedł jeden i poprztykał włącznikami. He, he – tyle to ja dawno zrobiłem. Wyszedł i po chwili wrócił z drugim. Poprztykali włącznikami, poruszali jarzeniówką wymontowali ją i poszli. Po chwili wrócili z drugą. Nie działa. Poprztykali przełącznikami. Wyszli i wrócili we trzech. Mieli tą samą jarzeniówkę zamontowali ją, poprztykali włącznikami i nie działa. Wyszli. Po 10 minutach przyszedł ktoś inny sam. Wmontował jarzeniówkę i działa. Jakby to się przeciągnęło to chyba cała obsługa by się tu zlazła montować tą jarzeniówkę. Okna nieszczelne i w pokoju robi się dość chłodno. Znów spanie w kalesonkach i skarpetkach. Dobrze, że przynajmniej woda gorąca.

Tags:

Zostaw Komentarz