Do Tajpej
19:10 Lot z Okęcia do Stambułu. Opóźniony 20 minut. Ciepły posiłek na pokładzie i winko. Turkish Airlines rządzi na tej trasie w przeciwieństwie do wiochowatego LOTu.
Przesiadka dzięki spóźnieniu nieco ponad 2h. Nowe lotnisko w Stambule jest ogromne i na pierwszy rzut oka robi duże wrażenie. Wielka, wysoka hala – nowocześnie urządzona. Spacerujemy i przejście z jednego końca hali głównej na drugi zajmuje sporo czasu. Jak już człowiek wstępnie się napatrzy to widać jednak sporo niedoróbek. A to ruszające się kafle posadzki, a to brak fug pomiędzy płytkami w łazience albo niespasowany karton-gips. Ciekawe że tam gdzie przy kolumnach podtrzymujących strop były miejsca wyłożone wykładziną, tam zaraz odpoczywali pasażerowie. I to bezpośrednio na podłodze. Siedzieli spali itp. Spora część fikuśnie pozakrzywianych sof obłożona była śpiącymi. Trochę to wyglądało inaczej niż np na Okęciu gdzie wszyscy siedzą w metalowych fotelach. Oglądamy wystawy w wolnocłowych sklepach. Dużo markowych towarów ale dobrze, że na mieście jest cło bo by było drożej niż na lotnisku 🙂
Nowe lotnisko w Stambule
Bez przeszkód zasiadamy w samolocie. Układ siedzeń do 3 na 3 na 3. Sporo miejsca na nogi. Wylatujemy do Tajpej w miarę punktualnie o 1:35. Nie wiem czemu osoba odpowiedzialna za katering uznała, że Chińczycy lecący na Tajwan są zagorzałymi wegetarianami. W połowie naszej części samolotu dania mięsne się skończyły i dla mnie jak zwykle zostało danie bezmięsne. Wielu Tajwańczyków z oburzeniem oddawało posiłek. Dobrze, że dają jeszcze bułeczkę i deser to przynajmniej się najadłem. Na osłodę dostałem kilka miniaturowych winek, które szybko wprawiły mnie w senność. Nie próbowałem nawet nic oglądać tylko zapadłem w sen.
Ten lot to w ogóle powodował dziwne zamieszanie w odczuwaniu czasu. Wylatujemy w nocy i przylatujemy późnym popołudniem choć lot trwa około 12h. To chyba najdłuższy jednorazowy przelot w naszych podróżach. Dobrze, że spałem bo pewnie dłużył by się nie miłosiernie a tyle wina to ja wypić nie mogę. Około 18 lokalnego czasu byliśmy na lotnisku w Tajpej. Od jakiegoś czasu Polacy nie potrzebują wiz na Tajwan ale jakoś tak straciłem pewność gdy w samolocie wcisnęli nam wnioski o wizę „on arrival” a większość osób pobiegła z wypełnionymi kwitami do jakiegoś okienka. Wytrzymaliśmy jednak presję i ustawiliśmy się od razu do odprawy paszportowej jedynie z „immigration card”. W kolejce ludzie trzymali znacznie więcej papierów niż my i można było sądzić, brakuje nam kilka papierków. Ale twardo wyczekaliśmy i okazało się, że tak jak pisało – nie potrzebujemy więcej nic. Tylko sprawdzono nam odciski palców i po chwili byliśmy już na hali przylotów.
Jakoś nic szczególnie nie przyciągnęło mojego wzroku na lotnisku. Na pasie odbioru bagażu, na ekranie informacyjnym nasz lot był dopiero 3. Wyglądało na to, że poczekamy trochę na bagaż ale nie. Po prostu na tym pasie były bagaże ze wszystkich 3 lotów na raz.
Waluta jak zwykle niekorzystna na lotnisku. Ale coś trzeba wymienić. Nawet prowizję tutaj pobierają. Wymieniamy 100$ żeby mieć na rozbieg za co dostajemy 3041TWD (Tajwańskich dolarów) pomniejszone o 30 TWD prowizji.
Chciałem kupić kartę SIM na 15dni za 700TWD ale na lotnisko takiej nie było. Pakiety raczej dla turystów. Zresztą mówiono na forach o tym, że najlepiej na lotnisku nie kupować tylko na mieście jakiś tani starter i doładowywać w miarę potrzeb. Ale nie lubię zaczynać zwiedzania od szukania czegokolwiek. Tym bardzie że jak kupię na lotnisku to mam od zaraz a dzisiaj ze względu na porę pewnie nigdzie indziej bym nie kupił. Biorę co jest – No limit na 30 dni za 1000TWD – to około 125zł ale przynajmniej na cały wyjazd i bez zastanawiania się czy starczy. Ładujemy do naszego rutera dzięki czemu cała nasza elektronika ma dostęp do internetu. W tej cenie jest jeszcze około 30 minut na rozmowy do wszystkich.
Z lotniska metro ma dwie linie. Fioletowa to ekspress i jedzie szybciej bo nie zatrzymuje się na wszystkich stacjach. Cena taka sama. Jedzie niecałe 40 minut. Musimy dojechać do Stacji: Taipei Main Station. To ostatnia stacja. Cena 150 TWD/osoba. Aby dostać się do hotelu musimy przesiąść się na inną linię. To zupełnie inny operator i nie ma pojedynczego łączonego biletu. Są bilety 48 godzinne ale nie opłacają nam się one. Musimy przejść do stacji Beimen na zielonej linii metra 0 Songshan-Xindian Line. Stacje są połączone podziemnymi przejściami ale trochę trzeba iść. Jedziemy jeden przystanek do stacji: Zhongshan. Tu się krzyżuje z linią czerwoną a hotel mamy zaraz obok. Pojedynczy bilet na tej trasie to 20 TWD od osoby.
Nasz chotel w Taipei to Chian Huei Business Hotel. Wybrałem go ze względu na dobre położenie. W zasadzie 20 metrów od wyjścia z podziemi stacji Zhongshan. I dobrze, bo jak wyleźliśmy po 21 godzinie z metra to padało i to całkiem konkretnie. Hotel na skrzyżowania dwóch ważnych linii metra pozwalał się wygodnie przemieszczać po mieście bez nadmiernego darcia zelówek i tracenia czasu. Niestety bez śniadania i o nie będziemy musieli pomartwić się jutro rano. Bo hotel to w zasadzie piętro w jednym z okolicznych budynków. Z opisu na Booking wynikało, że znajduje się na 7 piętrze budynku nr 22. Jest szyld ale po Chińsku więc na wszelki wypadek wydrukowałem sobie zdjęcie wejścia i tablicy. Nie wiedziałem tylko czy recepcja znajduje się na dole czy dopiero na 7 piętrze. Gdy przelecieliśmy te 2 metrów od wyjścia ze stacji chroniąc się przed deszczem – okazało się, że na parterze jest tylko biurko ochroniarza i winda. Pewnie ze względu na porę ochroniarz nawet niespecjalnie zaczepił na nas oka. Gładko weszliśmy do windy. Budynek nie sprawia wrażenia jakiegoś nowoczesnego. Winda wyprowadza na na niewielki korytarz rozszerzający się zaraz na coś w rodzaju lobby. Nie ma tutaj okien tylko niski sufit, lada recepcji i kilka sof do siedzenia. Wrażenie raczej klaustrofobiczne. Za kontuarem młoda dziewczyna. Coś tam umie po angielsku. Wygląda na to, że jest specjalnie dlatego, że przyejrzdżamy my – czyli jedynie w dniu dzisiejszym goście z zagranicy. Coś tam niegroźnie przebąkiwała, że się spóźniliśmy ale bez pretensji. Jak na taką odległość to i tak czas mieliśmy niezły. Formalności nie trwały długo i w końcu otrzymaliśmy nasz pokój z balkonem. Chodziło o to żeby nie mieć pokoju wewnętrznego bo pokoje bez jakichkolwiek okien są tu na porządku dziennym. Nocowaliśmy w kilku takich w Indiach i mimo, że jest w nich ciszej i zwykle taniej to jednak jak w bunkrze. Balkon jest niewielki i nie ma jakiegoś spektakularnego widoku – raczej gdzieś na boczną uliczkę, ale jest ruch powietrza. Do tego mamy klimę i wiatrak. Jest gdzie siedzieć jest herbata i generalnie ok. Ktoś puka – okazało się, że dziewczyna z recepcji zapomniała nas skasować. A ja myślałem, że po prostu będziemy płacić przy wyjeździe. 4 noclegi miały kosztować 5800TW – czyli około 188$ Cena niezła jak za centrum Taipei. Nie miałem tyle gotówki ale Booking obiecywało, że można tu zapłacić kartą. Można ale terminal kaprysił nie nie przyjmował mojej walutowej karty Aliora. Nawet pani dopytywała się czy nie mam innej karty – mam, ale właśnie tej aliorowej chciałem użyć najbardziej bo były tam środki w dolarach USD najlepiej przeliczane na lokalną walutę. Gdzieś po 4 próbie transakcja przeszła po wytarciu chipa koszulką. Przynajmniej tyle.
Streszczamy się aby jeszcze wyjść na miasto. Szaleć nie będziemy ale jakieś 700 metrów od naszego hotelu znajduje się – Ningxia Night Market. Jeden z nocnych marketów. Są one bardzo popularne na Tajwanie Zaczynają się od około 17 czy 18 godziny i trwają do 21 – 23. Różnie. Czyli w sumie nie takie nocne. Handlują na nim pamiątkami, ciuchami, gadżetami i gotowym jedzeniem. Można by powiedzieć, że zwykłe targowisko. Może i tak ale to fajne miejsce na podsumowanie dnia. Można połazić, kupić gadżety i zjeść różności.
Teraz nie padało, ale deszcz wisiał w powietrzu. Mimo wszystko dotarliśmy i nie zmokliśmy. Na targ nocny zwykle adaptuje się jakaś ulicę. Wszyscy w mieście wiedzą którą, ale Googole też to zaznacza na mapach jako atrakcję. W dzień wygląda to jak zwykła ulica ze sklepikami a wieczorem wszystkie te sklepiki i bary wylegają na środek ulicy. Przed 22 byliśmy na miejscu. Targ miał się jeszcze dobrze i mimo chwiejnej pogody było jeszcze całkiem sporo ludzi. Mimo wielu godzin w podróży chcieliśmy przed snem nasycić się jeszcze egzotyką i być może coś zjeść. Z ulicznego jedzenia może by i coś wybrał ale zaczęło padać a po chwili lać. Niektórzy twardziele jedli w zaaranżowanych z foli wiatach ale ciągle im padało na plecy. No cóż wiedzieliśmy, że na Tajwanie może popadać więc mieliśmy przeciwdeszczowe kurtki. Inni tez się nie przejmowali i ruch niewiele zmalał. W końcu zelżało a my znaleźliśmy niewielka pierogarnię która była w budynku przy tej marketowej ulicy ale większość siedzisk i stolików zbita z byle czego była na zewnątrz. Wersji wegetariańskiej nie mogliśmy się dopatrzeć, więc kupiłem tylko 10 pierożków z wieprzowiną dla siebie za 60 TWD czyli około 2 dolarów. A Iza w okienku swierzo wyciskany sok z ananasa za 50. Te soki zamiast dekla były zafoliowane na gorąco.
Targ Nocny – Ningxia Night Market
Zrobiło się późno. Wracamy do hotelu. Ale nigdy nie jest tak późno, żeby nie zahaczyć o sklep. 2 lokalne browary i likier którego etykieta sugerowała że jest z rogiem jelenia. Browary o dźwięcznej nazwie Taiwan Beer i Tsingtao. Na likierze 99% napisów było po chińsku. Reszta to liczny.
