Indie południowe 2010

24 Kwi

Munnar

Śniadanko w znanym barze. Jadę standardem czyli omlet – tym razem z kurczakiem i grzanki z masłem. Iza jajko sadzone i fasolka średnio ostra i też grzanki. Nie pisało w menu ile tych grzanek i zamówiliśmy trzy. W rezultacie dostaliśmy 12. Obsługa chyba była zdziwiona i nawet proponowano nam dodatkowy jam. Wracamy do hotelu i przenosimy się do sąsiedniego. Zostawiamy dobytek i idziemy na umówione spotkanie. Myśleliśmy, że będziemy podróżować rikszą a tu znowu mamy do dyspozycji samochód.

Mają tu taką listę atrakcji podzieloną na kierunki jazdy. Jedziemy pomiędzy wzgórzami porośniętymi zieloniutkimi krzewami herbaty. Góry wzgórza, pomiędzy skałami drzewami na stromych stokach – wszędzie herbata i poranne zbiory. Jak okiem sięgnąć. Niema takiego gara żeby to wszystko zaparzyć razem. Droga kluczy pomiędzy wzgórzami ostrymi serpentynami. Opadają poranne mgły i nieco ociepla się. W tutejszych kategoriach chyba jest zimno bo niektórzy są ciepło ubrani. Oglądamy kilka miejsc tzw punkty foto gdzie wszyscy robią sobie zdjęcia. Jedziemy na przejażdżkę słoniem. Kierowca pilnuje abyśmy kupili właściwe bilety i żeby nikt nas nie wypchną z kolejki. Jest to taka leśna farma słoniowa. Mają kilka słoni i wsiada się na nie z podwyższonych drewnianych platform. Po chwili cały słoń jest tylko dla nas. Zasiadamy w specjalnym siodle z podstawkami na nogi zaraz za uszami słonia. No cóż słoń miękki nie jest. W zasadzie siedzi się na nim jak na skale. W dodatku chyba ma popsuty żyroskop bo za nic nie trzyma poziomu. Kierowca robi nam zdjęcia. Idziemy w las wydeptaną ścieżką. Obok drepta opiekun słonia z naszym aparatem który dał mu kierowca i co jakiś czas robi zdjęcia. Spore przeżycie. Słoń jest usłuchany zgrabnie lawiruje ciasną ścieżką pod górę wachlując sobie uszami i zadzierając co jakiś czas trąbę. Robimy kółko i wracamy. Powrót jest z górki i teraz jest mocno ekstremalnie bo zjeżdżamy prawie na karczycho słonia. Trzeba się mocno trzymać. Po drodze opiekun słonia bierze jeszcze ode mnie kamerę i filmuje. Trochę jednak nie może celnąć w słonia – może jest ciut za mały dla niego i niknie mu w krzakach. Na koniec Iza karmi słonia podanymi kawałkami ananasa. Słoń wkindziala że hej. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia i w drogę.

Kluczymy pomiędzy górami. Jesteśmy cały czas na sporej wysokości więc temperatura jest znośna. Oglądamy zaporę, która tworzy urokliwie położony zbiornik i jedziemy na Top Station View – punkt widokowy wysoko w górach. Punk uczęszczany choć końcówka dojazdu jest już bez asfaltu. Płacimy bilety i mały spacer na punkt widokowy. Mimo pewnego zamglenia tutaj można zdać sobie sprawę jak jesteśmy wysoko. Mamy widok na olbrzymią, zieloną dolinę otoczoną potężnymi górami. Wracamy. Po drodze mamy jeszcze jedną zaporę z miejscem zwanym Echo Point. Jezioro przypomina trochę takie miejsca z horrorów a echo jest bardzo głębokie i wyraźne. Gdyby nie masa ludzi było by tu bardzo nastrojowo. Wracamy do Munnaru na obiad. Kierowca proponuje jakąś restaurację więc tam wchodzimy i umawiając się wcześniej na dalsze zwiedzanie za pół godziny. Restauracja znośna i całe szczęście że nie tylko wegetariańska.

Ponieważ wszystko nam się wydłużało nie zostało nam zbyt dużo czasu po południu. Kierowca już czeka i jedziemy do Eravikulam National Park, gdzie żyją ponoć Nilgiri tahr – rodzaj rzadkiej kozicy górskiej. Wspinamy się znowu pod górę do stacji startowej gdzie są kasy. Masa ludzi i duża kolejka. Kierowca tłumacz,y że obcokrajowcy nie muszą stać w kolejce. Trochę nam głupio więc kierowca idzie kupić nam bilety. Jak zwykle dla zagraniczniaków drożej no i ten bilet na kamerę, który kosztuje 200 rupii – prawie tyle co bilet do parku. Wsiadamy w małe autobusiki które wiozą nas wąską krętą drogę na granicę lasu i gołych skał. Jest już naprawdę wysoko ale widoki psują nam chmury. Jednak coś widać. Autobus dojeżdża do małego przystanku i dalej idziemy pieszo. No cóż nie jestem przekonany czy to słusznie wydane pieniądze. Jest trochę widoków bo jesteśmy naprawdę wysoko. Myślę że co najmniej 2000 metrów. Nie przy puszczałem, że w Indiach jest tak rozwinięta turystyka wewnętrzna. Wszędzie gdzie zwiedzamy – zawsze jest sporo tubylców. Teraz też małymi grupkami przemieszczają się w górę. Jesteśmy tu atrakcją samą w sobie. Z braku kozic i nieco zamglonych widoków wiele osób chce sobie zrobić z nami zdjęcie. Dorośli, młodzież, całe rodziny. Każdy pyta o imiona i skąd jesteśmy. Największym zainteresowaniem cieszą się długie włosy Izy. Wzbudzają zazdrość wśród kobiet które wręcz oglądają się za Izą i wśród facetów którzy usiłują się gapić dyskretniej. Ja jestem przystawką. Spacer pod górę trwa z 30 minut i kończy się nagle zakazem iścia dalej. Góry imponują. Szkoda że powietrze nie jest całkiem klarowne. Wracamy. Jednak nie jest tak źle. Wzdłuż naszej drogi przypałętała się jednak taka kozica. Wyżerała sobie smaczności i miała całkiem gdzieś obecność ludzi. Wszyscy ruszyli szturmem do fotografowania. Kozica pozwalała podejść naprawdę blisko, tylko strażnicy pilnowali żeby jej całkiem nie wystraszyć. Sesja fotograficzna przedłuża się. Wracamy na dół i do miasteczka.

Jest już późno i niedługo będzie się ściemniać. Kierowca po drodze agituje nas żeby jutro jechać z nim ponieważ część jego drogi pogrywa się z naszą. Ale wyjeżdża o 4 rano więc grzecznie odmawiamy. Podwozi nas jeszcze do sklepu monopolowego by uzupełnić zapasy piwa. Wyjątkowo tanio – 50 rupii za butelkę. Płacimy za cały dzień za wycieczkę 1200 rupii. Kierowca zostawia jeszcze wizytówkę gdybyśmy mieli się jeszcze namyślić co do wspólnego wyjazdu. Spacerujemy jeszcze po miasteczku. Kupujemy chipsy. Iza wybiera srebrną bransoletkę na nogę i kupuje wyciskarkę do limonek. Wracamy do pokoju a po chwili dostajemy wyprane rzeczy. Tanio – za 15 sztuk – 190rupii. Tylko trochę niedosuszone – ale to normalne w tym klimacie.

Tags:

Zostaw Komentarz