Indie południowe 2010

25 Kwi

Munnar – Mysor

Niestety brak bezpośrednich połączeń do Mysoru. Tzn. był nawet jeden rano ale jechał bardzo okręną drogą i chyba z 16h. Realne opcje są dwie. Albo z jedną przesiadką, albo z dwiema. Zawsze jest trochę zamieszania jeżeli docelowa miejscowość jest w innym stanie. Wersja z jedną przesiadką jest dobra ale ma minusy. Wyjazd jest o 7 więc trzeba by wstać gdzieś o 5:30. Trochę nam się nie chce więc ta opcja odpada. Zostają 2 przesiadki. Pierwsza w Udumalpet a druga w Coimbatore. Znowu prawie cały dzień w autobusie. Autobus startuje o 9. Jemy na spokojnie śniadanko. Munnar jest wysoko ale żeby się z niego wydostać w kierunku Mysoru trzeba wjechać jeszcze wyżej. Autobus wspina się powoli na wysokość ok. 2500m. Zaczynają się naprawdę ładne widoki. Ze względu na brak miejsc siedzimy osobno. Iza z przodu a ja z tyłu, przy samym oknie. Postanawiam trochę pofilmować. Lampa jest już konkretna i tylko wysokość powoduje, że da się wytrzymać. Jak okiem sięgnąć krzaki herbaciane. Serpentyny są bardzo ostre. Przynajmniej autobus nie szarpie bo jedziemy bardzo wolno. Spodziewam się już co będzie jak miniemy przełęcz. Iza też się spodziewa i tym razem ma pod ręką aviomarin. Wokół góry i góry. Płaskowyż na którym znajduje się Munnar już jest mocno pod nami. Docieramy na przełęcz i rozpoczyna się rajd w dół. Autobus stacza się z górki jak kamień Syzyfa ostro się przechylając na zakrętach wydając przy tym metaliczne zgrzyty i postękiwania. Jedynie w strefie serpentyn kierowca zwalnia. Serpentyny są czasami tak ostre, że autobus nie daje rady pokonać ich za jednym skrętem i musi się trochę wycofać. Rozpościerają się widoki na wielką dolinę po drugiej stronie gór. Tu też są pola herbaciana ale już mniej. Widać jak wysoko wjechaliśmy. Dobrze, że Iza siedzi z przodu i ma widok na przednią szybę bo w ten sposób lepiej znosi chorobę lokomocyjną. Niektórzy mają gorzej i nie jest rzadkim widokiem jak jakieś dziecko zostawia śniadanie za oknem pięknymi rzutami panoramicznymi. Przy końcu zjazdu przejeżdżamy przez nieopisany park narodowy Chennar Wildlife Sanctuary. Musi tu być jakaś mocna ochrona zwierząt bo nawet droga przez park była bardzo wąska i zniszczona a dwa autobusy mogły się minąć zjeżdżając mocno na pobocze. My niestety widzieliśmy tylko małpy które na przystankach otaczały autobus i wysuwały nieuzasadnione żądania konsumpcyjne.

W Udumalpet gładko przesiadamy na autobus do Coimbatore. Za pierwszy 101 rupii za drugi 40. Ceny za dwie osoby. Drugi autobus jedzie po równym więc podziwiamy tylko wioski wzdłuż drogi. W Coimbatore mamy trudniej bo już po pierwszym pytaniu o autobus do Mysoru wynika że odjeżdżają skądś indziej. Tylko tubylcy nie potrafią wytłumaczyć skąd. Pytamy rikszarza – wygląda na to że wie gdzie. Jedziemy spory kawałek przez miasto i docieramy na jakiś mały dworzec. Mały budynek i tylko kilka autobusów. Jednak to tu. Chyba coś jak dworzec dalekobieżny. Pierwszy raz kupujemy bilety w kasie (200r) a nie u kondziora. Okazuje się że czasami można. Bilet jest droższy o parę rupii ale ma się w ten sposób rezerwacje miejsca i nie ma walki o ogień przy wsiadaniu. Kondzior pilnuje żeby zarezerwowane miejsca dostały się właściwym osobom. Znowu przedzieramy się przez góry. Tym razem suche i surowe. Bardziej skaliste. Bardzo przedłuża to jazdę. W zasadzie to cały dzień jazdy autobusem. Serpentyny nazwane są tu wsuwkami do włosów i numerowane.

Jakoś przetrwaliśmy i ok. 21 jesteśmy w Mysorze. Oczywiście jeszcze dobrze nie wysiedliśmy a już otoczyło nas stado rikszarzy i pseudo-pomocników, którzy nigdy nie pomogą bezinteresownie. Ale tu śmiech na Sali bo do kilku hoteli nie mamy dalej niż 7 minut na piechotę. Zwłaszcza jeden był upierdliwy bo lazł za nami z 3 minuty i mamrotał, że ten hotel jest dobry i tani a ten tani i dobry. Na nic było odganianie, dziękowanie za pomoc. Iza w końcu go opieprzyła. Stanęliśmy i czekaliśmy aż sobie pójdzie ale stanął i czekał nie wiadomo na co. To zawróciliśmy co go trochę zmyliło i poszedł sobie. Szliśmy do hotelu Roopa ale po drodze były jeszcze jakieś hotele o które można by ewentualne zahaczyć okiem. Przy okazji okazało się, że hotel Ritz również polecany przez przewodnik – został wyburzony i tylko został po nim ogrodzony plac z szyldem. Pokoje w hotelu Roopa nieco nie mieszczą się w naszym budżecie, nawet te bez klimy. Po doliczeniu jakiś taks i podatków prawie 1200rupii za pokój bez klimy. Pokoje ujdą choć za tą cenę mieliśmy już lepsze. Nie chce nam się szukać niczego innego. Kasa na wykończeniu więc idę jeszcze szukać bankomatu i po drodze kupuję piwo. Specjalnie nie muszę szukać bo sklepów z alkoholem jakby więcej i po drodze mam ze trzy. I nawet nie ma przy nich ludzi. Na dachu naszego hotelu jest jeszcze restauracja. Jest godna uwagi bo dają dobrze zjeść i leją piwo. Wygodne siedzenia i przyzwoity widok na miasto. Jemy w końcu obiado – kolację.

Tags:

Zostaw Komentarz