Mysor – Hampi

Czujemy na plecach oddech końca imprezy. Coraz mniej czasu i każdym miejscu jesteśmy już krótko. Dzisiaj musimy się zmyć z hotelu, obejrzeć trochę miasto, kupić bilety na pociąg i wyjechać na noc. Dużo jak na jeden dzień. Najważniejszą atrakcją do zobaczenia w Mysorze jest Maharaja’s Palace. Pałac maharadży. Widzieliśmy go wczoraj z okien autobusu jak imponował wielkością i oświetleniem. Idziemy tam dziś na piechotę bo blisko. Trudno się opędzić od rikszarzy, którzy jak w wielu miastach chcą zabrać nas na całodzienną wycieczkę. Czasami warto ale lepiej wcześniej zorientować się w cenach bo nieorientujących się – bezwzględnie wykorzystają. Rezygnujemy, bo nie mamy całego dnia. Pałac duży i ma kilka bram. Nie z każdej strony się wchodzi a tubylcy coś ściemniają, że różne bramy są otwarte o różnych godzinach – może – ale przecież nie będziemy czekać. Idziemy wzdłuż murów do kolejnych wejść. W końcu dochodzimy do jakiegoś większego i wchodzimy. No jest to dziwnie zorganizowane. Na sam – ogromny teren pałacu można wejść za darmo a płaci się tylko za bilety do komnat. Tylko zanim się zorientowaliśmy już kupiliśmy bilety. W komnatach nie można fotografować i filmować i zrobiono nawet specjalną, płatną przechowalnię na taki sprzęt. Nie mam zaufania. Wystarczy, że buty zostawiamy pod świątyniami. Pałac jest imponujący ale historycznie niezbyt stary, bo wybudowany w 1912 roku na miejscu starszego – spalonego. Dużo tu miejsc pokrytych płytami lub wybetonowanych. Nagrzewa się to wszystko do niewyobrażalnych temperatur. Trzeba się szybko schować. Widzimy jeszcze słonia który wozi turystów wokół pałacu. Turyści głównie miejscowi. Skoro mamy już bilety do komnat to wchodzimy. Próbujemy z kamerami ale oczywiście przy wejściu – prześwietlają. No i wyszedł ten sprzęt. Wartownik coś tłumaczy, że nie wolno i że może zrobić wyjątek tylko żeby nie wyjmować ich z plecaków. No dobra nie załapałem a Iza mówi że gość chce napiwku za to, że zgadza się na te kamery. Ale cwaniaki. Daję na odczepnego 50 rupii. Wnętrza nudnawe. Może poza dwoma pomieszczeniami. A w zasadzie wielkimi holami pokrytymi witrażami. A przeganiają nas jak krówki. Nie można na dłużej się zatrzymać bo się robi korek i strażnicy poganiają wtedy gwizdkami. Zaraz po wyjściu okazuje się że to jest kompleks pałacowy i chciano by nam sprzedać kolejne bilety. Rezygnujemy. Wystarczy, że zapłaciliśmy 500 rupii z ten pałac. Robimy jeszcze kilka fotek i wychodzimy szukać jakiegoś jedzenia.

Jest po drodze całkiem niezła restauracja. Wprawdzie wegetariańska, ale wybór dań ma, siedzą w niej tubylcy i jest po prostu ładna. Co jest rzadkością w Indiach. Większość nazw dań z kart nic nam nie mówi i trudno się zdecydować. Biorę jakieś danie z ich sera. Nazywa się panir i jest raczej twarogiem. Iza tradycyjnie różne odmiany warzyw, różnie zapiekanych. Pora iść na dworzec. Musimy kupić bilet na pociąg z Bengaluru do Hampi i jeszcze dzisiaj do Bengaluru dojechać. Powinniśmy wystartować stąd ok. 17. Pan w centrum rezerwacji szybko rozwiewa nasze plany. Wszystko zajęte na dziś co najwyżej może na jutro. Czujemy się nieco zdezorientowani. Trochę nie wiemy co zrobić. Jest plan żeby dojechać do tego Bengaluru i tam się martwić. Decyduję żeby sprawdzić jeszcze ewentualne połączenia autobusowe. Jedziemy na dworzec. Szef dworca chyba chciał być bliżej ludzi bo wystawił swoje biurko prawie na peron i tam urzędował. Może też nie chciał siedzieć w wygrzanej do czerwoności budce. Okazuje się, że są bezpośrednie autobusy do Hospet a to jest 20 km od Hampi. Nieco nas to zdziwiło bo Hospet jest bardzo daleko. Jeszcze dzisiaj jest 3 nocne autobusy. Wprawdzie zwykłe lokalne i będzie się tłukł 11h ale już nie trzeba nic kombinować. Kupujemy bilety na 19 i wracamy jeszcze pozwiedzać. Nie ma dużo czasu więc rezygnujemy ze zwiedzania jakiejś świątynnej góry za miastem choć ponoć warto. Jest jeszcze bazar. Wpuszczamy się w wąskie uliczki między straganami. Udało się wymanewrować kilku namolnych sprzedawców ale w końcu kuszenie trafiło na podatny grunt. Pośród wielu straganów z pamiątkami, przyprawami, barwnikami do tekstyliów trafił się stragan z pachnidłami i panem miłym i mówiącym po angielsku. Dużo mówił o swoich produktach demonstrował każdy i po chwili pachnieliśmy obydwoje aż kuło w oczy. Namawiał do wejścia do swojego straganu i wałkowania jakiś pachnideł. Ja trochę nie chciałem i odradzałem Izie. Ale gość i tak zaczarował. Zapachy były naprawdę fajne choć trochę dusiły w tej temperaturze. Opowiadał jak z tych olejków zrobić perfumy albo jak podlewać do pachnidełkowego kominka. Wąchaliśmy olejki jaśminowe pomarańczowe czy arbuzowe. Pewnie dużo więcej ale już nie pamiętam. Iza dała się jednak namówić na zakup 3 rodzajów olejków. Facet miał gadane i pokazywał zamówienia jakie robiły niego Polacy. Taki rodzaj marketingu. Niech będzie. Szwendamy się jeszcze po części z zieleniną i warzywami. Na koniec dnia udajemy się jeszcze do normalnej – polecanej przez przewodnik kawiarni z klimą – „Cafe Coffee Day” – gdzie konsumujemy w chłodzie kawę w oczekiwaniu na wyjazd. Klima pozwala odpocząć.

Wracamy po plecaki i jedziemy na dworzec autobusowy. Pierwsza osoba którą pytamy jest kondziorem naszego autobusu więc prowadzi nas do autobusu i wskazuje nasze miejsca. A mimo zmroku topię się we własnym pocie. Lokujemy plecaki na przodzie, obok kierowcy gdzie zwykle jest miejsce. W autobusie jest jeszcze jakaś samotnie podróżująca biała dziewczyna. Ma pecha bo ląduje po środku między jakimś tubylcem i tubylką. Ruszamy mając nadzieję na drzemkę w autobusie. Dupa tam. Autobus zatrzymuje się na każdej stacji i jeszcze zanim wyjechał dobrze z miasta był pełen. Ludzie toczyli się nawet gęsto na korytarzu. Ludzie przez całą noc wsiadają i wysiadają. W zasadzie nie ma chwili spokoju. Dziwne bo niektórzy kończą podróż np. o 3 w nocy a inni o tej porze zaczynają. Przysypiamy więc po 10 – 15 minut. Bo zaraz przystanek i wymiana pasażerów i kondzior, który ostro się przepycha żeby sprzedać bilety. Gdzieś tam w nocy mamy postój na jedzenie i siusiu. Zabawne że większość pasażerów skorzystała jeszcze z okazji żeby jeść późną kolację. Dojeżdżamy o świcie do Hospet.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *