Safi

Z dworca autobusowego mieliśmy kawałek, ale obawa, że nie dogadamy się z taryfiarzami była silniejsza. Zrobiliśmy sobie więc wycieczkę krajoznawczą po mieście – z plecakami. Dobrze że nie były ciężkie. Przewodni Bezdroży miał tylko wzmiankę o Safi – w niewielkiej ramce jako okolice Essaouiry. Miasto garncarzy. Mieliśmy też kilka kartek wydrukowanego przewodnika Lonely Planet. Tu już było lepiej, ponieważ była nawet mapka. Na podstawie jego dokonaliśmy wyboru miejsca na spanie. Tani hotel Majestic przy murach miejskich. Ponoć czysty, nieźle położony. Całkowicie nie rzucający się w oczy szyld spowodował, że musieliśmy zatoczyć parę kręgów. Wejście nie zachęcające, tym bardziej że trzeba wejść na pierwsze piętro. Przywitał nas szeroko uśmiechnięty muzułmanin w chałacie. Cena atrakcyjna, choć pokoje bardzo proste, bez łazienki. Króluje lastriko i lamperia. Za to z internetem za darmo i umywalką z zimną wodą. Nocujemy w pokoju z widokiem na morze i zamek. No i blisko do wszystkich 2 atrakcji. Kibelek osobno, narciarz. Prysznic osobno, płatny dodatkowo 10 DH. Cena za pokój 160DH. Trochę drożej niż pisało w Lonely Planecie, ale przewodnik miał ze 3 lata.

Zostało jeszcze trochę dnia więc idziemy na spacer. Słońce już się zniżało dając czerwonawe światło na medynę. Zwiedzamy mury miejskie i fort na wzgórzu z całkiem przyjemnym widokiem. Zgodnie z tym co pisało w przewodniku w uliczkach króluje garncarstwo. Duże, małe kolorowe, różnych kształtów naczynia wykonane z gliny. To lokalna atrakcja. W jednej z uliczek  zajrzeliśmy do małego warsztaciku garncarskiego. Warsztat 2×2 metry a gość i tak do połowy siedział w dziurze w podłodze i kleił te swoje garnki. Iza zainteresowała się w szczególności taką miniaturową ceramiką mającą raczej wartość pamiątkową niż praktyczną. Mamy parę takich wytworów z innych państw jako ozdoby na regale. Kupujemy zestaw zdobionych, miniaturowych tadżinów i kilka dzbanuszków. Właściciel od razu chciał zrobić interes i zwerbować nas jako dostawców jego ceramiki do Europy. Chwalił się, że ma stałych odbiorów i pokazywał nawet ich zdjęcia. No może. Nie wiem czemu trudno mu było wyobrazić sobie, że to tylko pamiątki.

Wieczorem ruch na placu targowym w medynie wyraźnie się nasilił. Nie handlowano już tylko garami ale wszystkim. Zwłaszcza tanimi ciuchami. Na szczęście pojawiło się też parę obwoźnych garkuchni. Prawie po ciemku zjadłem kolację – street food w zaaranżowanej jadłodajni. Buła z keftą (grillowane mielone mięso) z warzywami i przyprawami i frytkami – 10DH z obwoźnego straganu. Można nawet było usiąść na plastikowych krzesłach. Konsumpcja przy krzywych stołach pod gołym niebem. Smaczne. Wracając do hotelu natknęliśmy się jeszcze na straganik na kółkach gdzie już całkiem na stojąco i prawie po ciemku można było zjeść bułki z rybą u obwoźnego sprzedawcy.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *