Safi – El Jadida

W hotelu brak knajpy. Poprzedniego dnia widzieliśmy na parterze coś w rodzaju kawiarni – tak się nam wydawało. Jednak okazało się, że nie da się tam zjeść śniadania. Chcąc nie chcąc musieliśmy o głodzie poszukać czegoś na śniadanie. Poprzedniego wieczora znaleźliśmy kawiarnię z widokiem na zamek i na morze. Tam postanowiliśmy spróbować coś zjeść. Zostawiliśmy plecaki na przechowanie w hotelu z czym nie było problemu. Nawet zamknięto nam je w jakiejś służbówce. Sońce już było wysoko i zrobiło się całkiem ciepło. Z piętra kawiarni rozciągał się fajny widok na klifowe wybrzeże. To w zasadzie można zaliczyć jako jeszcze jedną atrakcję w Safi. Śniadanie – nic konkretnego – świeży sok z pomarańczy, słodkie bułki i pieczywo z dżemem. No i oczywiście nieśmiertelna miętowa herbata w oryginalnych czajniczkach z nierdzewki. Taka tradycja i herbatę pija się tutaj w herbaciarniach i zawsze w tych czajniczkach. Jak się do nich zajrzy to są pełne wielkich miętowych liści zalanych wrzątkiem. Nauczyliśmy się obserwując tubylców, że najlepiej kilka razy herbatę wlewać do szklanki i potem z powrotem wlewać przez zamykaną czapeczkę przykrywki do czajniczka. Znawcy robią to dodatkowo z wysokości pół metra, ruszając trochę ręką w górę i w dół. Taka herbata powinna się trochę parzyć aby zyskała odpowiednio mocny aromat.

Jedną z atrakcji miasteczka jest prężący muskuły zamek Qasr al-Bahr – pozostałość po Portugalczykach. Według przewodnika z jego murów i baszt ma się rozciągać niezły widok na medynę i na drugi zamek w którym byliśmy wczoraj a z drugiej strony na klify i morze. Może się i rozciąga ale stanie nad samą przepaścią nie przysłużyła się jego muskułom. W zasadzie niczemu się nie przysłużyła bo część która stała nad samą przepaścią już nie stała. Dlatego pewnie był zamknięty na głucho i nici ze zwiedzania. Pokręciliśmy się trochą niezupełnie wokół bo wokół się nie dało, w poszukiwaniu plenerów na fotki. Mimo wszystko i tak ładny.

Do wyjazdu mamy sporo czasu, więc postanawiamy iść do portu który widzieliśmy z okolic zamku. Do portu biegły tory kolejowe nieco głupkowato między drogą a klifami. Wychodziło, że to najkrótsza droga. Może trochę syfiasta ale najkrótsza. Port był otoczony wysokim falochronem wrzynającym się głęboko w zatokę. Z samego falochronu mógł się roztaczać całkiem niezły widok. Port okazał się głównie portem rybackim, gdzie cumowały głównie łodzie rybackie i niewielkie kutry. Była to też jednak stocznia szkutnicza. Powstawały tam zarówno kutry jak je reperowano. Ponieważ w większości były z drewna na nabrzeżu – nawet nie w żadnym doku – stały olbrzymie szkielety stateczków strosząc wręgi i ożebrowanie.

Falochron był faktycznie wysoki, chyba na 7 metrów, z kamienia i można było po nim spacerować. Tzn. nie wiadomo czy można ale nikogo nie pytaliśmy. Porobiliśmy fotki i powoli rozpoczęliśmy odwrót. Na wysokości zamku rozpoczynał się kilkuset metrowy deptak pomiędzy zabudowaniami gdzie mieściła się nasza kawiarnia a skrajem klifu, Czasy świetności miał dawno za sobą i to co było kiedyś trawnikami i klombami straszyło wysuszonymi badylami. Mimo wszystko spełniał swą rolę, tubylcy spacerowali a widok na klify był naprawdę niezły. Mniej więcej w połowie deptaka zainstalowano Café Essafina – biały budynek nad samym skrajem klifu z tarasami i ogródkiem. Nieco zniszczony i pustawy ale działający. To znaczy kawę dawali i można było usiąść, odpocząć i popatrzyć na widok. U góry budynku była sala konsumpcyjna otoczona w całości oknami pewnie miejsce na gorszą pogodę. Tam też był kibelek ale raczej zaaranżowany w sali gdzie się jje. Cienka blaszka ścianek i barki w oblachowaniu powodowały, że kontakt pomiędzy salą a wnętrzem kibelka był prawie namacalny. Strach tam robić coś poważnego, albo jeść w pobliżu.

Odbieramy bagaże i jedziemy taryfą na dworzec. Musimy jeszcze dojechać do El Jadidy.

Z jakiś powodów upatrzyliśmy sobie Hotel Bordoux. Jakoś tak dobrze się kojarzyła nazwa a może recenzje w przewodniku były niezłe. Poza tym blisko głównej atrakcji miasteczka – Portugalska Forteca. Droga z dworca autobusowego była prosta. Wystarczyło się kierować na plac Mohammeda ben Abdellacha. To w zasadzie już w medynie i powinniśmy znaleźć jakieś wskazówki. Dojście tam zajęło nam jakieś 20 minut. Gdy dostrzegłem mury miejskie wiedziałem że jesteśmy już blisko zwłaszcza że wydawało mi się że dobrze zapamiętałem drogę z mapki. Problem polegał na tym, że w końcu musieliśmy zejść z głównej drogi i wplątać się w labirynt nieco obskurnych uliczek medyny. Na dodatek zbliżał się wieczór i nie wiem czy to dlatego czy może dlatego że dziś był jakiś dzień targowy – w większości brzegowych uliczek medyny rozpoczął się handel. Tłum ludzi gęstniał z każdą chwilą i trudno było przeciskać się z plecakami a co dopiero szukać noclegu. Chcąc nie chcąc oglądaliśmy stragany. A to skarpetki po 10 dirhamów za parę, a to dziwne fioletowe owoce po 1 DH za sztukę na które Iza dała się skusić. Po rozcięciu skórki ukazało się dziwne wielopestkowe wnętrze.

Tłum nieco zelżał a uliczki zagęściły. Miało być blisko placu ale coś nie ma. Nerwowo przeszukujemy sąsiednie uliczki. No jest. W ogóle się nie rzucał w oczy. Dwie właścicielki pokazują pokoje. Bierzemy mały pokój z łazienką, wyłożony kolorowymi płytkami prawie pod sufit za jedyne 180DH. Pokoje rozmieszczone wokół kwadratowego dziedzińca oświetlonego przeszklonym dachem.

Jest już ciemno ale jeszcze nie tak późno i trzeba by coś zjeść. Przewodnik obiecuje ryby i owoce morza w okolicy portu. To w sumie krótki spacer. Część restauracji już wykarmiła gości i miała się ku zamknięciu. Zwłaszcza te które wyglądały na zwykłe proste smażalnie ryb. W końcu znaleźliśmy jakąś gdzie było jeszcze pełno ludzi. To znaczy – jedzenie musi być tu dobre. Mani długie jak chiński modlitewnik i trudno się zdecydować. W końcu szalejemy – Panierowana sola 60DH, Panierowane krewetki 70 DH, Frytki 12. W cenie pieczywo i sosy. Ostatnio żyliśmy na street foodsach więc trochę można.

Już dobrze po zmroku idziemy jeszcze na spacer do wnętrza murów miejskich. Uliczki puste i tylko w progach niektórych portugalskich domów siedzieli marokańscy domownicy. Gdyby nie to że ulice były dobrze oświetlone to trochę bym się obawiał bo pełne zaułków i mrocznego klimatu. W drodze powrotnej oddychamy jeszcze atmosferą targu, który nawet jakby zgęstniał.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *