Maroko 2013

14 Gru

Safi – El Jadida

W hotelu brak knajpy. Poprzedniego dnia widzieliśmy na parterze coś w rodzaju kawiarni – tak się nam wydawało. Jednak okazało się, że nie da się tam zjeść śniadania. Chcąc nie chcąc musieliśmy o głodzie poszukać czegoś na śniadanie. Poprzedniego wieczora znaleźliśmy kawiarnię z widokiem na zamek i na morze. Tam postanowiliśmy spróbować coś zjeść. Zostawiliśmy plecaki na przechowanie w hotelu z czym nie było problemu. Nawet zamknięto nam je w jakiejś służbówce. Sońce już było wysoko i zrobiło się całkiem ciepło. Z piętra kawiarni rozciągał się fajny widok na klifowe wybrzeże. To w zasadzie można zaliczyć jako jeszcze jedną atrakcję w Safi. Śniadanie – nic konkretnego – świeży sok z pomarańczy, słodkie bułki i pieczywo z dżemem. No i oczywiście nieśmiertelna miętowa herbata w oryginalnych czajniczkach z nierdzewki. Taka tradycja i herbatę pija się tutaj w herbaciarniach i zawsze w tych czajniczkach. Jak się do nich zajrzy to są pełne wielkich miętowych liści zalanych wrzątkiem. Nauczyliśmy się obserwując tubylców, że najlepiej kilka razy herbatę wlewać do szklanki i potem z powrotem wlewać przez zamykaną czapeczkę przykrywki do czajniczka. Znawcy robią to dodatkowo z wysokości pół metra, ruszając trochę ręką w górę i w dół. Taka herbata powinna się trochę parzyć aby zyskała odpowiednio mocny aromat.

Jedną z atrakcji miasteczka jest prężący muskuły zamek Qasr al-Bahr – pozostałość po Portugalczykach. Według przewodnika z jego murów i baszt ma się rozciągać niezły widok na medynę i na drugi zamek w którym byliśmy wczoraj a z drugiej strony na klify i morze. Może się i rozciąga ale stanie nad samą przepaścią nie przysłużyła się jego muskułom. W zasadzie niczemu się nie przysłużyła bo część która stała nad samą przepaścią już nie stała. Dlatego pewnie był zamknięty na głucho i nici ze zwiedzania. Pokręciliśmy się trochą niezupełnie wokół bo wokół się nie dało, w poszukiwaniu plenerów na fotki. Mimo wszystko i tak ładny.

Do wyjazdu mamy sporo czasu, więc postanawiamy iść do portu który widzieliśmy z okolic zamku. Do portu biegły tory kolejowe nieco głupkowato między drogą a klifami. Wychodziło, że to najkrótsza droga. Może trochę syfiasta ale najkrótsza. Port był otoczony wysokim falochronem wrzynającym się głęboko w zatokę. Z samego falochronu mógł się roztaczać całkiem niezły widok. Port okazał się głównie portem rybackim, gdzie cumowały głównie łodzie rybackie i niewielkie kutry. Była to też jednak stocznia szkutnicza. Powstawały tam zarówno kutry jak je reperowano. Ponieważ w większości były z drewna na nabrzeżu – nawet nie w żadnym doku – stały olbrzymie szkielety stateczków strosząc wręgi i ożebrowanie.

Falochron był faktycznie wysoki, chyba na 7 metrów, z kamienia i można było po nim spacerować. Tzn. nie wiadomo czy można ale nikogo nie pytaliśmy. Porobiliśmy fotki i powoli rozpoczęliśmy odwrót. Na wysokości zamku rozpoczynał się kilkuset metrowy deptak pomiędzy zabudowaniami gdzie mieściła się nasza kawiarnia a skrajem klifu, Czasy świetności miał dawno za sobą i to co było kiedyś trawnikami i klombami straszyło wysuszonymi badylami. Mimo wszystko spełniał swą rolę, tubylcy spacerowali a widok na klify był naprawdę niezły. Mniej więcej w połowie deptaka zainstalowano Café Essafina – biały budynek nad samym skrajem klifu z tarasami i ogródkiem. Nieco zniszczony i pustawy ale działający. To znaczy kawę dawali i można było usiąść, odpocząć i popatrzyć na widok. U góry budynku była sala konsumpcyjna otoczona w całości oknami pewnie miejsce na gorszą pogodę. Tam też był kibelek ale raczej zaaranżowany w sali gdzie się jje. Cienka blaszka ścianek i barki w oblachowaniu powodowały, że kontakt pomiędzy salą a wnętrzem kibelka był prawie namacalny. Strach tam robić coś poważnego, albo jeść w pobliżu.

Odbieramy bagaże i jedziemy taryfą na dworzec. Musimy jeszcze dojechać do El Jadidy.

Z jakiś powodów upatrzyliśmy sobie Hotel Bordoux. Jakoś tak dobrze się kojarzyła nazwa a może recenzje w przewodniku były niezłe. Poza tym blisko głównej atrakcji miasteczka – Portugalska Forteca. Droga z dworca autobusowego była prosta. Wystarczyło się kierować na plac Mohammeda ben Abdellacha. To w zasadzie już w medynie i powinniśmy znaleźć jakieś wskazówki. Dojście tam zajęło nam jakieś 20 minut. Gdy dostrzegłem mury miejskie wiedziałem że jesteśmy już blisko zwłaszcza że wydawało mi się że dobrze zapamiętałem drogę z mapki. Problem polegał na tym, że w końcu musieliśmy zejść z głównej drogi i wplątać się w labirynt nieco obskurnych uliczek medyny. Na dodatek zbliżał się wieczór i nie wiem czy to dlatego czy może dlatego że dziś był jakiś dzień targowy – w większości brzegowych uliczek medyny rozpoczął się handel. Tłum ludzi gęstniał z każdą chwilą i trudno było przeciskać się z plecakami a co dopiero szukać noclegu. Chcąc nie chcąc oglądaliśmy stragany. A to skarpetki po 10 dirhamów za parę, a to dziwne fioletowe owoce po 1 DH za sztukę na które Iza dała się skusić. Po rozcięciu skórki ukazało się dziwne wielopestkowe wnętrze.

Tłum nieco zelżał a uliczki zagęściły. Miało być blisko placu ale coś nie ma. Nerwowo przeszukujemy sąsiednie uliczki. No jest. W ogóle się nie rzucał w oczy. Dwie właścicielki pokazują pokoje. Bierzemy mały pokój z łazienką, wyłożony kolorowymi płytkami prawie pod sufit za jedyne 180DH. Pokoje rozmieszczone wokół kwadratowego dziedzińca oświetlonego przeszklonym dachem.

Jest już ciemno ale jeszcze nie tak późno i trzeba by coś zjeść. Przewodnik obiecuje ryby i owoce morza w okolicy portu. To w sumie krótki spacer. Część restauracji już wykarmiła gości i miała się ku zamknięciu. Zwłaszcza te które wyglądały na zwykłe proste smażalnie ryb. W końcu znaleźliśmy jakąś gdzie było jeszcze pełno ludzi. To znaczy – jedzenie musi być tu dobre. Mani długie jak chiński modlitewnik i trudno się zdecydować. W końcu szalejemy – Panierowana sola 60DH, Panierowane krewetki 70 DH, Frytki 12. W cenie pieczywo i sosy. Ostatnio żyliśmy na street foodsach więc trochę można.

Już dobrze po zmroku idziemy jeszcze na spacer do wnętrza murów miejskich. Uliczki puste i tylko w progach niektórych portugalskich domów siedzieli marokańscy domownicy. Gdyby nie to że ulice były dobrze oświetlone to trochę bym się obawiał bo pełne zaułków i mrocznego klimatu. W drodze powrotnej oddychamy jeszcze atmosferą targu, który nawet jakby zgęstniał.

Zostaw Komentarz