Jungfraujoch 3466 metrów

Ranek obudził nas chłodny. Gdzieś od nadrania poczułem chłód. Nie jakiś totalny, nie zamrażający od razu stopy. Taki jakiś chłodny dyskomfort. Nie żeby zaraz zrywać się i zakładać wszystko co się ma. Szkoda bo myślałem, że letnim śpiworem Fiorda Nansena opękam ten wyjazd. Tym bardziej, że połowę nocy było ok. Nauczony doświadczeniem zabrałem jednak najgrubszy z moich śpiworów. 

Nie zdążyliśmy wczoraj ogarnąć tematu pieczywa na śniadanie ale jak zwykle pod namiot mieliśmy zapasy chrupkiego pieczywa. Tym razem firmy Sonko bo Schulstad, który zawsze był drogi – stał się drogi jeszcze bardziej. Zresztą Iza zapowiadała, że nie zależy jej na kupowaniu świeżego pieczywa i może jeść tylko chrupkie. Eee tam. Jeszcze rozumiem, że można sobie darować pszenne buły jak w południowych krajach ale w tej części Szwajcarii jest duży wybór pieczywa pełnoziarnistego. Rozpocząłem zapasy od kiełbasy krakowskiej w szklanym słoiku z Biedronki, która zresztą okazało się całkiem niezła. W czasie śniadania słońce w końcu wyszło z za gór które tutaj dość ciasno nas otaczały. Można się trochę rozebrać bo puki co to raczej w ciepłych dresach.

Idziemy na stacje Grindelwald Ground. Nazwa nadana chyba nie bez przyczyny. Stacja znajduje się chyba w najniższym możliwym miejscu miejscowości. Stąd wszędzie jest pod górę. Chyba dobrze że w ostatniej chwili zmieniłem camping bo z tamtego, który miał być bliżej centrum może by i było ale z pewnością ostro pod górkę. Idziemy tak jak wczoraj podjeżdżaliśmy samochodem. Trochę można skrócić przez parking i pieszy mostek nad rzeką. Rzeka z pewnością płynie z lodowca bo wody dużo, nurt wartki dana przez kolor wody nie widać. Ludzi pod dworcem nawet nie za dużo. To ciekawe bo spodziewałem się inwazji. Potem zrozumiałem, że znaczna część turystów nie nocuje w najbliższej okolicy tylko dojeżdża z sąsiednich miejscowości i nie mogły być tak wcześnie jak my choć my wcale nie byliśmy wcześnie – około 10:30. Nieduże pomieszczenie zajmuje aż 3 kasy. Do każdej kilka osób w kolejce. Podstawowe informacje o kolejkach i biletach są dostępne na wywieszkach i w folderach które leżą wszędzie. Ogólnie co i za ile znałem w internecie i tymi folderami się utwierdziłem w przekonaniach. Kupujemy 3 dniowy Jungfrau Travel Pass po 180 franków – dykturka z reklamą i kodem kreskowym. Dodatkowo bilet z Kleine Scheidegg na Jungfraujoch którego nie zawiera pass. To dodatkowo 61 franków od osoby w 2 strony. Pani wciska nam też rezerwację miejsc na ostatni odcinek ze niby trudno znaleźć miejsce. To dodatkowo 5 franków osoba bilet czyli 20. O tej opłacie akurat nie doczytałem i jak zwykle w takich sytuacjach miałem podejrzenie, że zostaliśmy naciągnięci na kasę. No ale tu przecież Szwajcaria nie Indie. Razem zapłaciłem przeszło 500 franków – sporo powyżej 2000zł.  Kupa kasy. Iza obiecała, że jeszcze się dołoży.

Pierwszy odcinek bez rezerwacji. Spokojnie zajmujemy miejsca. Pociąg wspina się po swojej zębatce ostro pod górę często zakręcając jak po serpentynie. Wkrótce Grindelwald stał się malutki a teren wypłaszczył się nieco do alpejskich zielonych łąk. Kleine Scheidegg to przełęcz pomiędzy Eiger a Lauberhorn na wysokości 2061m. U nas na tej wysokości to tylko skały a tu łąki i do skał jeszcze daleko. Jest tu też stacja która jest węzłem tej kolejki zębatej. Stąd można wjechać na Jungfraujoch, wrócić do Grindelwaldu albo pojechać do Interlaken przez Wengen. Dlatego pełno tu ludzi mimo, że to środek gór. Prywatnie autem nie można tu dojechać. Widoki piękne ale komercja w okół  straszna. Kilka hoteli i restauracji. Sklepy ze sprzętem. Na stojaka można napić się piwa 6 – 8 franków czy zjeść loda Movenpick, który okazał się być firma szwajcarską. Pierwsza gałka 4 franki potem po 2.5 Mamy ze 40 minut na przesiadkę wiec się trochę snujemy. Wsiadający na Jungfraujoch mają wyznaczone 3 miejsca do wsiadania. Kolor fioletowy dla grup. Zielony dla indywidualnych którzy mają rezerwację i pomarańczowy. Tutaj pogoda niezła – słonecznie, ale u góry widać że przewalają się chmury. Nie jest to jednolita warstwa i co jakiś czas górna stacja się odsłania. nie mniej jednak do ideału daleko.

Zajmujemy swoje miejsca. Pierwszy odcinek jedziemy po stoki ostro w górę. łąki się szybko kończą i krajobraz staje się wysokogórski. Ostatnia stacja przed wjazdem w tunel to Eigergletscher (2320m) Ciekawe, że ten odcinek otwarto już w 1898 roku. Dotąd można jeszcze wjechać bez dodatkowego biletu do pasa. Zaczyna się stąd kilka szlaków, między innymi do lodowca. Można też stąd zejść do Wengen albo widokową trasą z powrotem do Kleine Scheidegg. Z tego miejsca wykuto tunel, którym wjeżdża się na przełęcz na wysokość 3454m. Kilkoma etapami skończono ten odcinek w 1912 roku. Niewiarygodne, że to wtedy się udało a pomysłodawcy chyba nie do końca byli normalni. W tunelu zaaranżowano stację – być może na jednym z etapów drążenia tunelu. Jest tu kilku minutowa przerwa a atrakcją jest platforma z oknem w zboczu Egieru, gdzie przez szybę można oglądać lodowiec. Widok spektakularny. 

Wjeżdżamy na podziemny dworzec. To w zasadzie małe miasteczko częściowo wykute w skale. Utrzymywanie czegoś takiego na tej wysokości możliwe jest chyba tylko w Szwajcarii na dodatek musi być zasilane szerokim strumieniem pieniędzy z kieszeni turystów. Mapka sugeruje, że jest tu hotel, restauracja, kilka sklepów w tym firmowy sklep z czekoladą Lindt oraz wydrążony w lodowcu – Pałac lodowy. Do wszystkich tych rzeczy można dojść nie wychodząc w ogóle z podziemi. Pałac lodowy to kilka wykutych w lodowcu korytarzy z lodowymi rzeźbami. Taka tam atrakcja ale każdy idzie. Zresztą spacerując tymi korytarzami nie da się ominąć. Widok zapewnia sala restauracyjna a tak żeby coś zobaczyć to albo trzeba wyjść na zewnątrz na lodowiec, albo wjechać na platformę widokową przy obserwatorium zwanym Sfinxem. Góruje ona nad terenem ale nie wygląda jakby dało się tam dotrzeć inaczej niż szybką windą z jednego z podziemnych korytarzy. Ze względu na niską przepustowość trzeba chwilę stać w kolejce. Na platformie mocno wieje. Widok jakiś jest ale chmury przeszkadzają. Trzeba chwilę postać żeby załapać się na dziurę między obłokami. To chyba najlepsze miejsce do obserwacji. Widać na każdą stronę jak akurat widać.  W zacisznym miejscu po kryjomu wpylamy ciastka czekając na widoki. Latają tu takie spore czarne ptaki, które mają nieuzasadnione żądania w stosunku do naszych ciastek. Mimo całej nieufności są tak łakome że dają się karmić z ręki. A ledwo co latają na tym wietrze.

Na jedną stronę widać lodowiec na drugą dolinę z której wjechaliśmy. Niżej widać ludzi którzy spacerują tu i ówdzie a także idą do schroniska o melodyjnej nazwie Mönchsjoch Hütte do którego może być ze 2km. Ponoć oferuje niezłe widoki ale chyba nie dzisiaj. Nie rozważaliśmy nawet tej trasy. Z platformy widać też coś co nazywają tu Happy Tour Swizterland. To taki mini stok czynny cały rok bo nawet teraz śniegu tu nie brakuje. Po krótkiej trasie można zjeżdżać na sankach i czymś co wyglądało jak napompowane dętki od ciężarówki. Dziś – pewnie ze względu na pogodę ruch mają tam niewielki. Wracamy. Teraz trzeba wyjść na lodowiec. W tym celu trzeba zjechać windą do podziemi i znaleźć klatkę schodową która prowadzi na zewnątrz. Klatka schodowa posiada miejsce gdzie można usiąść i odpocząć i jest przeszklona więc można też coś zobaczyć a przynajmniej wiatr nie urywa głowy. To dobre miejsce żeby zjeść batoniki i wypić piwo z zapasów. Wchodzimy jeszcze jedno piętro do góry i poprzez betonową wychodnie wychodzimy. Trochę to absurdalnie wygląda bo wokół śnieg i góry a tu budka z której się wychodzi a poniżej w skale stacja kolejowa na 3400 metrów. Teren jest wygrodzony do granic gdzie lodowiec jeszcze się nie obsunie. ale i tak mam wrażenie, że nawet przy idealnej wysokości to z tego miejsca nie ma jakiś specjalnych widoków. Ot trochę gór wokół. Jesteśmy tu trochę i raz mamy błękitne niebo a raz kompletny brak widoczności. Trochę na siłę robimy foty w każdą stronę. Wracamy. Po drodze mamy sklep z pamiątkami, który Iza o dziwo przechodzi prawi bez zatrzymania, oraz sklep z czekoladą Linda. Jak na 3400m to jest duży i całkiem dobrze zaopatrzony. Gdzieś tam pisało że dają zdegustować ale raczej myślałem że to dla tych co chcą coś kupić a wydawało nam się, że tu jest akurat najdroższe miejsce do kupowania czekolady. Takie trochę przeniesienie cen z naszych schronisk. Jak coś jest wyżej to przecież musi być drogo. Ale nie. Mimo że przelecieliśmy przez sklep dośc szybko to i tak przy wyjściu wciśnięto nam po czekoladce. No firma nie żałuje bo jak wciskają każdemu czy kupi czy nie to i tak pewnie z tona im dziennie idzie.

Idziemy na podziemną stację bo nasz czas. Początkowo nie rozumiałem po co na dole w kasie wciśnięto nam te rezerwacje na miejsca ale teraz to w sumie nie żałowałem. Każdy kto nie miał rezerwacji stał w długiej kolejce. Z tej kolejki wpuszczali do powrotnego pociągu tylko wtedy gdy ludzie z rezerwacjami już się rozsiedli i zostały jeszcze jakieś wolne miejsca. A pora taka, że powoli zaczął się czas powrotów, więc my weszliśmy z marszu a cała ta kolejka czekała a na to szkoda dnia. Tym bardziej, że chcieliśmy zrobić jeszcze jakiś spacer po górach.

Na stacji pośredniej Kleine Scheidegg jesteśmy ponownie nieco po godzinie 16. Już przy okolicznych schroniskach jest informacja, że ostatnia kolejka z  Männlichen odjeżdża o 17:30. Musimy podjąć decyzję czy wracamy do Grindelwaldu jak przyjechaliśmy czy trzymamy się mojego pierwotnego planu i idziemy do innej kolejki która też pozwoli zjechać do dolnej stacji w Grindelwaldzie. Wychodzi na to, że jak będziemy się streszczać to zdążymy, ale na styk. Mamy trochę ponad godzinę do ostatniego zjazdu z Männlichen do Grindelwaldu. Tutaj nieco niżej, na prawie 2100 metrach pogoda jest znakomita. Niebo błękitne, niewiele chmur i cieplutko. Trasa biegnie zboczem z lekką tendencją zwyżkową bo stacja w Männlichen jest 150 – 200 metrów wyżej. Widoki na Egier i Jungfraujoch fajne ale musimy się streszczać i nie przystajemy na zbyt długo. Końcówka jest bardzie ostro pod górę ale już wiadomo, że zdążymy  i ostatecznie przy budynku stacji jesteśmy 10 min przed ostatnią gondolką. Jeszcze jest czas aby się rozejrzeć. Wokół teren rekreacyjny, platformy widokowe restauracja i plac zabaw.Wielka drewniana figura krowy którą Iza roboczo nazwała – krowoń trojanski. Nie ma się co rozczulać bo jeśli plany się nam utrzymają to będziemy tu pojutrze i wszystko dokładniej obejrzymy.

Pogoda się załamuje idą chmury od Interlaken.  Zjeżdżamy gondolkami w dół ale zjazd jest dość długi a w połowie drogi ma stację przesiadkową i podtrzymującą linę. Chmury przychodzą szybko i zaczyna pokrapywać. Ale najgorszy jest wiatr. Podmuchy są silne i gondolą na zjeździe majta strasznie. Nawet moment po stacji pośredniej jeden z silniejszych podmuchów majtnął nas na słup i tylko jakaś blokada z hukiem nas zatrzymała. Trochę najedliśmy się strachu. Ciekawe czy obsługa zastanawiał się nad zatrzymaniem kolejki, czy myślała – „dobra zwieźmy ich już wszystkich i do domu”.   Zaczęło regularnie padać a na dolnej stacji to już ulewa. Czekamy w dużym budynku stacji obok sklepu z pamiątkami. Wokół stacji ogromny parking ale o tej porze już mocno pustawy.  Mieliśmy podjechać autobusem do stacji Grindelwald Ground – skąd wyjechaliśmy ale żaden się nie kwapił, choć teoretycznie kursowały dwie linie. Zanim ostatecznie któryś przyjechał przestało padać I wyszło słońce. Tylko podwójna tęcza świadczyła, że jeszcze niedawno padało. Chcąc nie chcąc idziemy. Do stacji skąd wyjechaliśmy jest 500 metrów a do campingu 1300. To chyba ten autobus na 500 metrów był by przesadą. Teraz to niech się ten autobus cmoknie.

Wracamy do namiotu. Zadowoleni z dnia odpalamy winko i zasiadamy do kolacja z zapasów. Całe szczęście, że zdążyliśmy zjeść bo znowu zebrało się na deszcz. Chcąc nie chcąc przenosimy imprezę do samochodu. Taki urok campingu. Jak pada albo namiot albo samochód. Ewentualnie świetlica ale jak się nie ma ochoty na integrację to lepiej zostać. I tak zaraz trzeba się położyć.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *