Z Grindelwaldu do Täsch

W nocy trochę padało, więc rano namiot mokry. To zawsze problem jest bo nie lubię składać mokrego namiotu a wiele razy to robiłem. Dlatego przy składaniu przecieram namiot starymi ubraniami przeznaczonymi do wyrzucenia na bieżącym wyjeździe. Np skarpetami. Namiot szybko schnie pod warunkiem, że ma minimalną ilość słońca lub przynajmniej jasnego ciepłego poranka. O 8 godzinie w Grindelwaldzie a przynajmniej na tym Campingu nie ma co liczyć. Cała nasz miejscówka o tej porze jest spowita chłodnym cieniem. Ostatecznie namiot chowam do pokrowca prawie suchy bo po wyniesieniu rzeczy składałem go powoli i wyczekałem aż słońce w końcu wyjdzie zza gór.  Suszył się w czasie naszego mycia i w czasie śniadania. Tylko przecierałem najbardziej mokre miejsca i przewracałem płachtę z boku na bo aby podsuszyć wszystkie zakamarki.

Ogólnie naszym celem jest miejscowość Zermat i podnóże góry Matterhorn i cała dolina rzeki Visp, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Wymyślono tu strefę ochrony powietrza i zakazano używania silników spalinowych. W całym mieście jeżdżą tylko samochody i pojazdy elektryczne lub konne zaprzęgi. Znaczy nie możemy tam wjechać autem i metę na nocleg musimy znaleźć gdzie indziej. Hotel w Zermat ze względu na cenę odpada a i tak nie moglibyśmy tam dojechać. Ostatnia miejscowość przed Zermatem gdzie można dojechać to Tasch. A Camping najbliżej Tasch to Camping Attermenzen, który znajduje się  w połowie drogi pomiędzy Tasch a miejscowością Randa. Jakoś nie znalazłem Campingu w samym Tasch.

Szwajcaria to górski kraj i dróg w centralnej części Alp postanowiono już nie budować. W związku z tym mamy dwie opcje dojazdu. Dookoła autostradą jakieś 300 km. Google mówiło, że to będzie ok 3h, albo skrótem. Skrót polegał na tym, że centralnie przez szczyty można przejechać na wagonie pociągu w tunelu. Wychodziło 128km ale też 3h bo teren trudny i jakoś trzeba się na te pociągi załadować a nie mamy o tym zielonego pojęcia. Do ostatniej chwili się wahałem którą drogę wybrać. Kusiła mnie łatwizna. Winietę na autostrady mamy, nic nie trzeba myśleć i się martwić. Po prostu możemy tam dojechać autostradą. Ale z drugiej strony brak wyzwań – a tu nowość – jazda w tunelu pod górami pociągiem. Na jego wagony ładowane są samochody. Trochę nie mogłem sobie tego wyobrazić. Logistycznie to jakiś koszmar. Jak w krótkim czasie załadować masę samochodów na skład kolejowy? Z grubsza wiedziałem z internetu, że samochody stoją na częściowo osłoniętych platformach, z blaszanym daszkiem ale tylko z burtą do połowy drzwi. Taki otwarty wagona. Pasażerowie siedzą w autach przez cały czas jazdy i nie ma możliwości aby wysiąść. Niby jeszcze nie podjąłem decyzji ale coś mnie kusił ten tunel.

Trzeba jechać. Ostatecznie około godziny 10:30 opuszczamy Camping płacąc 156 franków gotówką bo nie honorowali żadnych kart. A pomyśleć, że to światowy potentat w bankowości. Pi razy drzwi 600zł co dawało kwotę 150zł za nocleg. Na campingu! Czasami za tyle lub mniej nocowaliśmy w hotelu. Ale to w końcu Szwajcaria. Bez względu na wybraną opcję dojazdu pod Matterhorn i tak trzeba było jechać przez Interlaken. To między jeziorze znajdowało się – o dziwo między jeziorami 🙂 Miałem tam zaplanowane tankowanie LPG. Musiałem – jeszcze w domu – zaplanować kilka wariantów trasy i oznaczyć na niej miejsca gdzie gaz mogę zatankować. Bo stacji LPG nie ma tu dużo. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego w proekologicznych krajach, nastawionych na ochronę przyrody, nie promowano LPG. Tak było na Islandii, w Norwegii i tak jest i tutaj.

Około godziny 11:00 dotarliśmy na stację benzynową o dźwięcznej nazwie Agrola. Nazwa kojarzyła mi się z NURT-em  czyli za PRLu Naukowy Uniwersytet Radiowo Telewizyjny. Taki program dla rolników. Z serii – kiedy mogą i jak kopcować ziemniaki. Te kilka stacji miałem zapisane jako POI w nawigacji w samochodzie. Stacja znajdowała się w lokalnym centrum handlowym a w zasadzie centrumiku. Na stacji był też sklepik gdzie kupiliśmy smaczną bagietkę. Taki ciemny, skręcony, świeży paluch. Razem z 24 litrami gazu zapłaciłem 25.5 franka.

Dobra – podjąłem decyzję. Jedziemy przez tunel pod górami. Łatwizna łatwizną ale jakieś wyzwania muszą być. Nie wiadomo kiedy następnym razem zdarzy się możliwość jazdy samochodem na wagonach. W związku z tym opuszczamy drogę numer 8 w miejscowości Spiez w drogę bez nazwy. Prowadzi ona doliną rzeki  Kander do miejscowości Kandersteg. To właśnie stąd rozpoczyna się podróż tunelem Lötschberg pod alpami do stacji Goppenstein. Tunel ukończono w 1913 roku i ma ponad 14.5 km. Czeka nas ponad 30 km – jak się okazało – wąskiej krętej drogi

Droga dłużyła się a widoki były średnie. Myślałem, że skoro to jest skrót to do stacji załadunkowej będzie szeroka droga. Tymczasem im bliżej tym droga słabsza. Ostatecznie przed samą miejscowością droga się poszerzyła i prowadziła na wiadukt, który prowadził na samą stację. Tu droga się kończy. Można wjechać albo na parking albo na pociąg wspomnianym wiaduktem. Tuż przed szlabanem jak na autostradzie można było jeszcze skorzystać z całkiem okazałej toalety. Tylko miało się wrażenie że parkowanie przy niej to jak stanięcie na środku drogi. Dobrze, że nie byliśmy jedynymi.

Generalnie na samochody do 3.5 tony i nie więcej niż z 9 pasażerami są dwie stawki. Weekendowa os piątku do niedzieli i zwykła. Ta weekendowa jest oczywiście droższa. Dodatkowo ceny są zróżnicowane ze względu na miejsce zamawiania. Przez internet jest taniej. No i nie chciało mi się przebijać przez kolejną aplikację na telefon. Mieliśmy więc kumulację cenową. Nie dość, że dziś piątek więc już stawka droższa to jeszcze bilet kupowany na miejscu więc droższy jeszcze bardziej. Mogłem zapłacić 28 franków – zapłaciłem 29.5. Najtaniej było w środku tygodnia z płatnością online – 25 franków. Bilet online może być w telefonie i jest ważny cały rok. Bilet na telefonie przystawia się do czytnika. Są osobne bramki opisane self service – dla kierowców którzy zapłacili online. My płacimy gotówką. Rozkład jazdy niby istnieje ale ma się wrażenie, że to wszystko szybko idzie, albo mieliśmy szczęście. Praktycznie przejechaliśmy szlaban po zapłaceniu i od razu – kierując się za innymi samochodami – wjechaliśmy na peron. Ponoć czasami jest kolejka i wtedy czas oczekiwania można sprawdzić w internecie. Tymczasem mimo rozpoczynającego się weekendu wjeżdżamy bez zwłoki. Myślałem, że samochody będą się tłoczyć na tym peronie jak pasażerowie, tym czasem ruch szedł na bieżąco i jadąc za samochodem z przodu ani się nie obejrzałem jak znalazłem się na wagonie pociągu. Tak po prostu. Platforma najbliższego wagonu była na równi z peronem. Dodatkowo opuszczona burta niwelowała przestrzeń pomiędzy wagonem a peronem. Moje wątpliwości dotyczące ładowania na wagony zostały rozwiane, ponieważ okazało się, że wjeżdżające samochody nie parkowały osobno na każdym wagonie tylko po wjeździe na wagon jechały do przodu – wzdłuż pociągu – na początek składu. Przestrzenie pomiędzy wagonami zasłonięte były ruchomymi platformami i tylko trzeba było uważać aby na nich nie stanąć. W ten sposób pociąg został załadowany błyskawicznie. Wjechaliśmy dość późno więc zatrzymaliśmy się w jednym z ostatnich wagonów. Po chwili podniesiono burty i ruszyliśmy. Faktycznie auta stały na gołych platformach  z niskimi burtami i baldachimem z blachy. Gdyby komuś zachciało się do kibelka to nie ma opcji – musi czekać do końca trasy. Po kilkuset metrach pociąg wjeżdża w tunel i rozpędza się coraz bardziej. Oświetlenia brak i tylko światełka z innych samochodów na pociągu – których ktoś zapomniał wyłączyć – rozjaśniały mrok. Z perspektywy auta wydawała się, że tunel masz szerokość tylko jednego toru i że ten pociąg jadący w pełnym pędzie z na przeciwka zamieni nas w masę płonącego żelastwa, ale nie. Minęliśmy się z hukiem w środku ciemnego tunelu. W sumie ciekawe doświadczenie. Płynąłem już z autem do Szwecji, a także na Islandię, ale na platformie pociągu to jeszcze nie. I to za jedynie ok 130zł 🙂

Zjazd z pociągu był tak samo łatwy ja wjazd. Tylko tym razem trwał dłużej bo byliśmy w końcu pociągu a wyjeżdżało się pierwszym wagonem. Trzeba było przejechać cały skład.   Myślałem, że przejechaliśmy jakieś góry i wyjedziemy za górami. Tymczasem stacja Goppenstein znajduje się na około 1200m. Niby nie dużo i jedzie się dolina ale do drogi 9 którą byśmy przyjechali omijając tunel, trzeba zjechać w dół ok 600 metrów. Czasami ostrymi serpentynami na poziom rzeki Rodan. Rzeka wyrzeźbiła głęboką dolinę którą musieliśmy podjechać do miejscowości Visp. Dolina była olbrzymia i nawet piętrzące się wokół wysokie góry nie powodowały wrażenia, że jest wysoko i wąsko. W Visp trwały remonty dróg i nasz GPS nieco się gubił. Ostatecznie jakiś nieco długawym tunelem dojechaliśmy do drogi biegnącej do Zermat i Saas-Fee. Dopiero po 3-4 km w miejscowości Stalden trzymając się doliny i rzeki Vispa kierujemy się w stronę Zermat.

Matterhorn jest oczywiście poza naszym zasięgiem na tej wyprawie ale okolica szczyci się wspaniałymi trasami górskimi i siecią kolejek górskich z których mieliśmy korzystać. Najbliżej do wszystkich atrakcji jest oczywiście z miejscowości Zermat. Stąd można dojechać pociągami które jeżdżą co około 30 minut. W związku z tym miasteczko zamieniło się w wielki parking. Oprócz parkingów przy posesjach, zbudowano olbrzymi parking piętrowy przy samym dworcu. Sprytnie zamaskowali żeby nie straszył gabarytami. Oczywiście nie za darmo. I dojazd to Zermatu też nie za darmo. Oto sposób jak z miejscowości nigdzie uczynić ważny węzeł komunikacyjny. Mieliśmy tu być 3 dni więc płacenie słonych kwot za parking przez 3 dni odpadało. Najlepiej by było do tej stacji dochodzić. Najbliższy był mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Tasch a miejscowością Randa.

Naszym Campingiem numer jeden w tym regionie to Camping Attermenzen. 1500 metrów od stacji w Tasch ale mają własny płatny shuttle serwis. Lepiej być wcześniej. Jeżeli nie będzie miejsc to mamy kłopot bo trzeba szukać gdzieś dalej. Np. Saas-Fee.

Cena ok 27 franków za 2 osoby/namiot/samochód. Jeszcze mają tajemniczą taksę jak poprzednio. Nazywa się Visitors tax 3 od osoby i nie wiem czy to jest dla gości czy coś w rodzaju klimatycznej.

Istnieje zbiorczy bilet na kolejki na kilka dni i nazywa się Peak Pass.

Karty zwrotne po 5 franków

3 dni 220 potem kolejne dni po 25 franków więcej. Obejmuje:

Pojedyńcze bilety są ważne chyba 10 dni.

Unlimited use of the following stretches or sections:

    Zermatt – Matterhorn glacier paradise 
    Zermatt – Furi – Schwarzsee
    Zermatt – Gornergrat 
    Zermatt – Sunnegga – Blauherd – Rothorn 
    Furi – Riffelberg
    Randa – Täsch – Zermatt
    Free entrance to the glacier palace

Szybko dokupuję przez telefon walutę na kartę aliora – 100 dolarów

Kupujemy na dworcu pasy bo się okazało że można dziś ale żeby był ważny od jutra. Zakup w okienku na dworcu. 450 franków razem z kartami.

Około godziny 16:30 robimy zakupy w markecie COOP przy dworcu. Kupujemy Kawałem sera Emmentaler za 4.4 trzy rózne piwa po około 1.8 franka oraz ziołowe karmelki za 3.35 franka.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *