Aurangabad – Ajanta

Dzień z gruntu łatwy. Wszystko zaplanowane. Spałem znacznie lepiej niż ostatnio – przypadek, czy przyzwyczajenie? 7:30 Czas się zrywać, bo o 9 ma być kierowca. Przy okazji poranne polowanie na prusaki w łazience – a niby taka marmurowa. Śniadanie – poznamy tu wszystkie rodzaje omleta. Iza – omlet bez dodatków, a ja masala omlet. Masala to znaczy generalnie przyprawa i nie ma stałego składu a więc zawsze jest niespodzianka. Dziś to było coś zielonego i czerwonego. Grzanki z masłem do wyboru z dżemem i z dżemem. No i banan. To niby kontynentalne śniadanie – ale o co chodzi z tym bananem?

Ubrania tutaj brudzą się, przepacają i osalają codziennie. Kombinowałem, że mam jednego t-shirta na 2-3 dni, zatem ewentualne pranie odwlokło by się trochę. A tu nie, przy tej temperaturze codzienne trzeba zmieniać wszystko. Tylko moje czarne, krótkie spodenki są czarne i można je przenosić. Zagailiśmy zatem o pralnię na portierni. Oczywiście nie było problemów. Kazali przynieść i odebrać wieczorem. Coś tam słyszałem, że pytają o presing – ale co to jest? Iza mówi, że prasowanie. Ok. – Iza chce, cokolwiek by to nie znaczyło. Wszystko leci do rachunku, tak samo jak i woda i napoje z lodówy. Ciekawe ile za to wszystko zapłacimy.

Pan od taryfy już na nas czeka. Okazuje się, że to nie ten z którym ustalaliśmy wszystko, tylko jego człowiek. Zamykamy pokój na stylową kłódkę. I jazda. Jeździe samochodem po Indiach można by poświęcić osobny rozdział. Jazda po lewej stronie sprawia, że ma się wrażenie, że cały czas wyprzedzamy. W ogólności można powiedzieć, że u nas jeździ się podobnie. Na trzeciego i na czwartego. Tu jeszcze się trąbi. Ale to co widać naprawdę… inna bajka. Kierowca siedząc po prawej stronie lewego lusterka zwykle nie ma, a prawe też jest luksusem. Wyprzedzając nie patrzy się czy z tyłu coś jedzie, tylko klakson a reszta to już problem innych. Siedząc z tyłu widziałem kilkukrotnie pędzącą kolorową ciężarówkę z napisem TATA motors, która mijała nas o centymety. Po drodze przystanek na kawę i jeszcze tajemnicza opłata drogowa – niby za co? I przed opłatą i po opłacie droga raczej dziurawawa. Po ok. 2h dojeżdżamy do parkingu przy jaskich Ajanty. Od razu na wejście ileśtamnaście rupii za parking, samochód, osobę. Umawiamy się na powrót ok. 15 ale i tak wiadomo, że nie zdążymy.

Przedzieramy się przez tłum Indian z pamiątkami. Studium socjologji i zachowań człowieczych. Każdy chce pomóc niby bezinteresownie, tłumaczy wszystko co gdzie i jak. Wciska za darmo jakieś minerały żeby wzbudzić poczucie wdzięczności i zgarnąć ewentualne profity po powrocie ze zwiedzania. Ooo poznaliśmy tutaj jakiegoś Filipa, Iki i kilku innych. W końcu docieramy do niby stacji skąd niby ekologiczne, niby elektryczne autobusy podwożą nas do kas biletowych 4 kilometry dalej. Ani one elektryczne ani ekologiczne. Nie wiem, może w sezonie. Teraz to zwykłe disle kopcące jak zwykle. Albo się internautom i lonley planetowi pomyliło albo elektryczne autobusy odleciały na lato do ciepłych krajów. W końcu zwykłe zwiedzanie. Rzecz warta polecenia. Zabytek robi wrażenie, chociaż ciągle ktoś nagabuje żeby nas oprowadzać albo żeby nie filmować, albo żeby nie robić zdjęć z flashem. Zwiedzanie Ajanty zajmuje nam ok. 4h. Przy wyjściu jemy obiad. Coś tam wegetariańskie i coś tam z kurczakiem. Generalnie się zgadza. Dostajemy coś tam na tackach z nierdzewki z wydzielonymi korytkami. Dwa kawałeczki kurczaka, które dostałem to niewątpliwie szczątki kurczaka, który wszedł na minę. Mało tam mięsa i nie wiadomo o którą część kurczaka chodzi. Chyba przy wybuchu mięso trochę odpadło. Zidentyfikowaliśmy oprócz ryżu, pikantne pikle z mango, cebulę czerwoną na surowo, groch z ziemniakami w sosie pikantnym i chyba pasta z ciecierzycy – Iza mówi – ale nie można mieć pewności. Ciecierzyca zaprzecza.

IKI zapoznany wcześniej – w oczekiwaniu na autobus – wciąga nas w rozmowę. Tematy jak zwykle: a skąd, a dokąd, a gdzie pracujemy. Gdy zaczął mówić o sobie zrobiło się ciekawie. Że jest poza sezonem i kiepskie wpływy i że biznes kiepsko idzie – handlował albumami foto z Ajanty i zestawami kart pocztowych. Sympatyczny młody człowiek w miarę dobrze mówiący po angielsku. Było o czym pogadać. Niestety i on prowadził skomplikowaną grę biznesową. Pokazywał nam czym handluje i starał się tym nas zainteresować. Trochę miał pecha bo nasze „czerwone lampki ostrzegawcze” paliły się już od dawna. Nie wiem czy Indianie nie rozumieją że w środku wyprawy nic nie potrzebujemy a zwłaszcza ciężkich do noszenia pamiątek. W sumie oglądaliśmy dłużej zestaw kartek pocztowych ale były bardzo mono tematyczne – wszystkie z Ajanty. IKI wyczuł moment i zaatakował z nienacka. Że to okazja, że zwykle to 10 rupii a sztukę a on ma 12 za 90rupii. Świetnie, ale nie mieliśmy pojęcia ile kosztuje 1 kartka i trudno było podjąć decyzję. Czuliśmy, że nas wkręca. On czuł, że my czujemy, że nas wkręca i zmienił taktykę. Jeszcze w autobusie na parking powiedział, że wobec tego zapłacimy mu ile chcemy i poszedł do swojego sklepiku. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to niezła taktyka. Zestaw mieliśmy w garści i bez względu na to czy kupimy czy nie trzeba było iść za nim, aby za nie zapłacić albo je oddać – prosto do jego sklepu – sprytne. I tak ustaliliśmy z Izą że damy mu 100 rupii – nawet nie za te kartki ale dlatego, że był miły. Najgorsze było jednak przed nami. Droga powrotna do naszej taryfy chcąc nie chcąc prowadziła przez miasteczko pamiątkarskie. Ci co wcześniej coś nam pomagali teraz liczyli na to, że przyjdziemy do ich sklepu i że niby nic nie będziemy musieli kupować. Że niby tylko popatrzeć. Srata tata. Tylko wejść i zaraz wciskano nam różne towary niby związane z Ajantą. Na nic tłumaczenie, że niczego nie potrzebujemy zwłaszcza, że potem będziemy musieli to nosić do końca wyprawy na własnych plecach. Przecież oni mają taki znakomity towar… Filip prawie się na nas obraził – a przecież mogliśmy nic nie kupować. Ostatni zawodnik trzymał się nas do ostatniej chwili. Dopóki nie powiedziałem, że nic nie chcę a dodatkowo oddam mu za darmo wszystkie minerały które wcześniej chcąc nie chcąc dostałem i że to okazja. Kamieni nie chciał ale na pożegnanie wysępił od nas długopis.

Powrót przebiegł bez komplikacji. Wieczorny spacer po Aurangabadzie. Ciemno już całkiem ale ruch nie ustaje a nawet się wzmaga. W końcu ze dwa stopnie chłodniej więc można odetchnąć. Idziemy na dworzec kupić bilety do Hyderabadu. Zamieszanie jak zwykle. Najpierw szukamy biura rezerwacji a potem okienka dla zagranicznych turystów. Oczywiście w innym budynku niż dworzec. Dostajemy formularze do wypełnienia. Trzeba tam wpisać numer pociągu, imiona i nazwiska podróżujących, płeć, nr paszportu, wiek i jedną z chyba 6 klas pociągu. Na początku jest to skomplikowane ale za każdym razem idzie łatwiej. Bardzo pomocne są okienka dla zagranicznych turystów. Obsługa zwykle mówi po angielsku i udziela wskazówek. Szkoda, że nie wszędzie są. Nie warto patrzeć na niby wypasiony komputerowy system informacyjny na ekranach, który oszukuje co do ilości wolnych miejsc na poszczególne klasy. Udaje się zdobyć bilety na klasę slipper na nocny pociąg. Bardzo fajnie bo od 22:40 do 9 rano spędzimy w pociągu.

Szukamy piwa. Miasto wyciągnięte jak 30 dni między wypłatami. Idziemy w stronę dworca, bo najbliżej. Niska zabudowa, domy poutykane między śmieciami i górami gruzu. I chyba od razu wybudowano je takie zniszczone. Poszukiwania się wydłużały pomiędzy straganami z ubraniami, warzywami, butami, samosami, wytwórcami różnej maści i odmian pseudonaleśników. Wtem ktoś zagaja do nas po polsku. Pierwszy Polak! Młodszy od nas. Mówi że błąka się tu już 3 miesiące. Od razu polecił nam gdzie tu tanio i dobrze można zjeść i gdzie jest tani Internet. Mocno nawiedzony. Ubrany jak pielgrzym, podróżuje najtaniej jak się da i wyszukuje rzadkie święta w Indiach – tańce nawiedzonych szaleńców, nagich gości co wychodzą z lasu raz na 12 lat na rytualne obrzędy – czad! Opowiedzieliśmy mu o Bombaju, bo chciałby pojechać ale niby drogo. Cieszył się, że może pogadać po polsku bo w ciągu tych 3 miesięcy spotkał tylko jednego polaka. A jeszcze zamierza jakiś czas tu pobyć. Ok. znajdujemy piwo i żegnamy się wylewnie z nawiedzonym. Piwo droższe, ale trzeba brać, bo to rzadki luksus. Ktoś pisał w Internecie, że miejsca z alkoholem są raczej mało eksponowane i trzeba się nauczyć je wyszukiwać. Chyba muszę nad tym popracować. Wracamy do hotelu, odbieramy pranie pachnące proszkiem i jeszcze robimy przed snem przegląd indyjskich programów telewizyjnych przy piwku King-fisher.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *