W stronę regionu Hakone – Gora

Dziś wylogowanie z hotelu. Do dziewiątej. Budzi nas błękitne całkiem bezchmurne niebo i wspaniały widok na górę Fuji prosto z naszego pokoju. Śnieg nieco przytopniał. Wprawdzie dalej jest ale przynajmniej chodniki są suche i bez śniegu.

Śniadanie zupki nodle z korytek. Iza seafoods a ja jakąś z mięsem chyba trochę na miso. Robię kanapki z ostatnich bułek z wędliną i serem topionym. Trochę zostaje.

Do Gory gdzie mamy następny nocleg nie ma bezpośrednich połączeń. Pociągi – ze względu na góry – na tej trasie nie jeżdżą. Mamy tylko autobusy i trzeba się przesiadać. Najlepszą opcją jest przesiadka w miejscowości Gotemba. A ściślej w centrum handlowym – Gotemba Premium Outlet. Początkowo wydawało mi się to bez sensu ale nie wnikałem wierny zasadzie – „dziwne – ale się zobaczy”. Mniej więcej co 3 autobus jechał do outletu. Z tego miejsca po prostu było więcej połączeń do Gora. W prawdzie z samej Gotemby do outletu kursował ponoć darmowy bus ale to by była dodatkowa przesiadka.
Autobus do Gotemby Premium Outlet mamy o 10:30 spokojnie więc wylogowujemy się z hotelu i po drodze wpadamy na kawę i drobne zakupy do Lawsona przy dworcu. Ja mam kanapki a Iza kupuje łososiowe onigiri i trzeba powiedzieć, że łososia w nim nie żałowali. Gdyby u nas był ten 3% alkoholowy napój brzoskwiniowy w puszcze to chyba nie pił bym niczego innego. Jest smaczny. Za bilet do Gotemby outlet płacimy 1510 Jenów. Pogoda cały czas niezła i praktycznie z każdego miejsca miasteczka widać górę Fuji. Autobus podjeżdża niepozorny. Trochę jak miejski Jelcz w Polsce. Bagaże muszą jechać z nami wewnątrz przytrzymywane kolanami żeby nie jeździły na zakrętach po całym autobusie.

Wraz z oddalaniem się od Kawaguchiko śnieg niknie w oczach. Autobus jedzie wschodnim stokiem Fuji i zjeżdża coraz niżej. Ten Premium Outlet w Gotembie to jakaś lokalna atrakcja. Z całego regionu ciągną tutaj ludzie i pewnie dlatego uznano, że to będzie dobre miejsce przesiadkowe na region. I musi być atrakcyjne bo parkingi i znaki na parkingi znacznie wyprzedzały sam outlet. Mamy chwilę czasu bo wyjazd linią Hakone Tozan Bus jest o 13 do miejscowości Gora gdzie mamy metę. To prawie w centrum regionu Hakone.
Tymczasem rozglądamy się. Na brzegu outletu jest coś jak dworzec autobusowy z kilkoma przystankami. Widać, że miejsce jest popularne bo można stąd autobusem dojechać w wiele miejsc. Szybko lokalizujemy nasz przystanek. Korzystając z chwili czasu idziemy na poszukiwanie WC a przy okazji się rozglądamy. W pobliskiej informacji turystycznej dostajemy planik outletu z zaznaczonymi przystankami, ubikacjami i co ważniejszymi sklepami. Dobrze mają to tu zorganizowane. Outlet to nie jest taki galeria jak u nas, gdzie jest jeden duży budynek z wieloma sklepami. To raczej teren pokryty sklepami po prostu. Jest wiele ciągów sklepowych, są alejki i do każdego sklepu wchodzi się z dworu. A sklepy do najznamienitsze światowe marki a część nadętych bardzo o których w ogóle nie słyszałem. np: Ralph Lauren Factory Store czy Tommy Hilfiger Outlet. No i oczywiście standardy jak Armani, Hugo Boss czy North Face. Pierwszy raz widziałem sklep firmowy Abercrombie & Fitch. W Polsce ich nie ma ale mam jakieś ubrania tej firmy. Ogólny wystrój terenu jest wielkanocny – zajączki, pisanki itp, ale oni tu przecież to Buddyści – nie wiem o co chodzi. Może chcą być trendy.

O 13, na wyznaczony przystanek podjeżdża mały autobusik niskopodłogowy. Potem się okaże, że po całym regionie Hakone jeżdżą takie busy. I znów bagaże mamy między kolanami bo autobus zbyt mały żeby mieć bagażniki. ale nie ma co narzekać. Bilet można kupić u kierowcy za 990 jenów. Autobus jedzie gdzieś dalej ale my wysiadamy w Gora. Celowo tu zaplanowałem nocleg bo do głównych atrakcji mamy stąd blisko. No i miejscowość jest ciekawie położona na stoku głębokiej doliny gdzieś w połowie jej wysokości. To powoduje jej rozmieszczenie na stromym stoku i wszędzie jest pod górę – no chyba, że wzdłuż torów kolei, którą jakiś inżynier z fantazją poprowadził stokami doliny.
O rozsądnej 14:15 dojeżdżamy na miejsce. Miejscowość mała co tylko podkreśla tłumy ludzi przewalające się po niej. Nic dziwnego. Stąd odjeżdża szynowo-linowa kolejka, która stanowi pierwszy etap wjazdu na jedną z większych lokalnych atrakcji, czyli Owakudani – teren wokół krateru góry Hakone. Teren cały czas aktywny wulkanicznie – dymiący i śmierdzący siarkowodorem.
Miejsca jest tak niewiele, że zdecydowano się na ciekawą zawracajkę autobusów. Autobus dojeżdża na przystanek w Gora gdzie ludzie wysiadają, a przystankiem jest okrągła platforma która obraca autobus o 180 stopni i kieruje w odpowiednią stronę. Patent niezły i powoduje, że odpada cały kawał placu potrzebny na zawrócenie autobusu.

Zameldowanie od 15 a to niedaleko więc mamy trochę czasu. Idziemy do kawiarni żeby obliczyć czy Hakone free Pass się opłaca. Nad tym zniżkowym biletem zastanawiałem się już w domu ale ze względu na brak precyzyjnego planu jak będziemy się po Hakone poruszać, trudno było ocenić koszty. Ale teraz mając chwilę czasu, Iza ciepły napój imbirowy w garści ja kawę z mlekiem w sumie za 1000 jenów) wyszło nam, że na cable car, kolej linowa, rejs statkiem po jeziorze oraz pociąg w stronę Tokio z Gory do Odawary to ponad 5000 jenów. A gdzie jeszcze lokalne autobusy. A pass na 3 dni kosztuje 4500 jenów. (w wersji bez dojazdu z Tokio) Ten 3 dzień się opłacał bo sam bilet z Gory do Odawary kosztował 670 jenów a różnica pomiędzy dwu a trzy dniowym pasem była 500 jenów. Więc warto było wziąść ten dłuższy. Decyzja – kupujemy. Ale potem – na razie czas do hotelu.

Zaniosło się jeszcze bardziej i zaczęło jeszcze bardziej padać. Idziemy ostro pod górę do Tabibito no Yado e-Rooms gdzie zarezerwowałem pokój z aneksem kuchennym. Końcówkę szliśmy w/g oznaczeń, ponieważ po zejściu z głównej drogi Google Street view już nie pokazywało. Teren żadko zabudowany nieskimi budynkami i willami. Dużo drzew. To miasteczko to raczej wioska. Stromo cały czas i ticząc te walizki można się było zmęczyć. Końcówka drogi to brukowana ścieżka między niskimi zabudowaniami w stylu japońskim. Z pomiędzy nich wyłonił się budynek który na pierwszy rzut oka wyglądał jak pod wynajem. Wysoki, dość nowoczesny. Coś co wyglądało na recepcję już otwarte. Zagaiłem po angielsku ale widząc zakłopotanie pomachałem wydrukowaną rezerwacją. Obiekt prowadzi starsze małżeństwo i z angielskim kiepsko. Ale jakoś idzie. Znają może z 10 słów ale jak widać wystarczyło. Są otwarci i chętni do dogadania się. Nie działa płatność kartą mimo kilku prób. Płacimy gotówką. To będzie wymagało zmiany planów co do jej rozliczenia. To znaczy skoro uszczupliliśmy gotówkę to teraz trzeba ją uzupełnić. Płacimy 32400 jenów.

Do pokoju musimy wejść na 2 piętro. Klatka schodowa jest na zewnątrz. do pokojów wchodzi się z dworu. Nie ma windy i niestety nasze walizki znów musimy wnosić. Pokój na booking.com opisany był, że posiada kuchnię, sypialnię i pokój dzienny/wypoczynkowy. Ze zdjęć już mi coś nie pasowało a teraz utwierdziłem się w wątpliwościach. Wchodzi się do mini przedpokoju, który prowadzi do kuchni i do łazienki. Dalej jest pokój w którym się śpi i jest to też pewien salon. Oczywiście jest telewizor i balkon z widokiem. Natomiast sofa to takie coś ze skórzanego materaca o kształcie sofy. Bez ramy i nóg. Ot po prostu siedzi się na tej sofie jak na ziemi. Tyle że miękko. To mi zupełnie nie przeszkadzało. Gorzej, że aby się położyć, tą niby sofę trzeba było gdzieś przesunąć a na to miejsce wyciągnąć z szafy Japońskie posłanie do spania typu futton. Jest kilu warstwowy i napracować się przy rozkładaniu trzeba więcej niż złożyć/rozłożyć kanapę. To słabe, bo jutro żeby mieć miejsce to trzeba będzie to złożyć i schować z powrotem do szafy. Ostatecznie nie jest źle. Kuchnia jest zaplanowana mało ergonomicznie bo niby jest przestronna ale nie ma tam stołu a blat krótki. I tak trzeba jeść w pokoju. Za to jest miejsce gdzie można by było ten stół wstawić. Instalacje sugerują, że w tym miejscu stała kiedyś pralka. Ale teraz jej nie ma. Ostatecznie składowaliśmy w tym miejscu część naszych rzeczy. W pokoju była klima, którą można było grzać a w kuchni stał zabawny grzejnik który był podłączony do gazowej instalacji. Gaz się gdzieś w jego wnętrzu palił a wentylator wywiewał ciepłe powietrze do pomieszczenia. I woda w łazience grzana była też gazowo. Nawet był w kuchni i w łazience termostat gdzie można było sobie ustawić temperaturę wody. To ogrzewanie generalnie się przydawało, bo o ile pogoda niezła to wieczory prawie na zero stopni.
Jest jeszcze trochę czasu więc idziemy się rozejrzeć. Schodzimy na dworzec aby kupić Hakone free Pass. Niby można go było kupić tylko w większych stacjach kolejowych na obrzeżach tego regionu ale na tym dworu od razu rzucały się w oczy informacje, że tu też można.Jest późnawo więc rejon dworca i dolnej stacji cable cara się mocno wyludnił. Późnym popołudniem Gora zmienia się w pustawą niewielką mieścinę sporo mniejszą od Iłży. Kasa jest jednak otwarta tylko nie można tam kupić biletu. To znaczy można ale kasjerka nam tłumaczy, że nie można kupić Hakone free Pass na zapas. To znaczy, że jeżeli chcemy bilet który jest ważny od juta to musimy przyjść jutro. Trochę bez sensu bo mogliśmy mieć go dzisiaj a pani w kasie i tak już się obijała bo turyści odjechali. Trudno. Kierunek sklep. Dziadek w recepcji na prostym planiku narysował nam gdzie jest najbliższy sklep, ale ostrzegał, że jest krótko czynny. Natomiast Google maps twierdził, że jest tylko 800 metrów do Lawsona, który przecież jest czynny 24h. I tak nie ma co do roboty a zawsze będzie można kupić coś smacznego. Idziemy wzdłuż dogi i torów Hakone Tozan Line. Nie liczyliśmy na znalezienie jakiejś fajnej knajpy na kolację ale po przejściu mniej więcej 500m mijamy coś co wygląda na restaurację. Nawet siedzi w niej sporo ludzi. Nazywa się Gyoza-Center. Nazwa częściowo wydawała się znajoma, ale to przecież niemożliwe bo niby z czym. Ale jest Google translator. No tak – Gyoza to przecież pierogi. Nawet takie od czasu do czasu sprzedają w biedronce. Notujemy w pamięci lokalizację bo przecież można by tu zjeść w drodze powrotnej.

Lawson jak Lawson. Znajduje się prawie na przeciwko stacji Tozan Line – Chokokunomori Station. Awaryjnie można podjechać tutaj jedną stację pociągiem. Kupujemy zestawy obiadowe i piwo. W kuchni mamy mikrofalówkę a w sklepach jest pełno gotowych potraw do podgrzania. Problemem stanowią opisy po japońsku i trudno się zorientować czy danie ma mięso czy nie. Iza czasami musi ryzykować a ja dojadać. Kupuję jakieś dwa kotlety z kurczaka w sosie i kiełbaski z ziemniakami a Iza danie na bazie makaronu. Nie da się na 100 procent stwierdzić, że nie ma tam mięsa. Poza tym Iza eksperymentuje z sokami. Kupujemy coś co się wydaje sokiem z kiwi a drugi sokiem wieloowocowym. Takie małe tetrapaki z zakrętką może po 400ml. Nieoczekiwanie rachunek wyniósł 4348 jenów. Pieniążki odpływają….

Powoli się ściemnia i czas wracać na nocleg. Głodniejemy i wizja pierożków się krystalizuje. Tymczasem godzina stała się chyba kolacyjna bo knajpa pełna. Nawet musieliśmy trochę poczekać na wolny stolik. W sumie to dopiero 18:30 tylko już się ściemniło. Dostajemy stolik i kartę. No cóż menu po japońsku. Niby wiadomo, że pierogi ale z czym? Trudno – odpalam Google translatora. Funkcja tłumaczenia ze zdjęcia bardzo się przydaje. Wybór jest. Ciężko się zdecydować a tu zapachy i brzuchu burczy. Ostatecznie zamawiamy 3 porcje bo nie wydają się duże a w ten sposób spróbujemy więcej smaków. Padło na pierogi smażone, z kałamarnicą i z krewetkami. Nie wiadomo z czym były pierogi smażone bo nie pisało, ale jakoś tak założyłem, że będą z mięsem i dlatego dla mnie jako danie główne. Kelner uniósł brew jak usłyszał, że trzy porcje (a w zasadzie zobaczył bo pokazywaliśmy co chcemy paluchem na menu) i nerwowo zaczął się rozglądać za trzecią osobą ale ostatecznie przyjął zamówienie i do tego piwo. Piwo to jakoś wszyscy rozumieją jak chcę zamówić. A może piwosz zobaczy tęsknotę w oczach drugiego piwosza. Uspokojeni udanym zamówieniem zaczęliśmy rozglądać się co też inni jedzą. Królują pierogi: Sałatka z pierogami, udon z pierogami ale w karcie zidentyfikowałem smażone kalmary i miso. Reszty można się było tylko domyślać.

Pierogi w Gyoza-Center

Smażone pierogi mięsa nie widziały. Iza mogła je spokojnie zamówić. Nie były jednak takie złe – pełne warzyw. Najlepsze były krewetkowe a z kałamarnicą trochę się żuły. Każdych pierogów było po 7 sztuk i w zasadzie jakby do porcji zamówić jeszcze zupę to by wystarczyło. A tak – najedliśmy się. Porcja pierogów kosztowała 800 – 900 jenów a piwo 650. Zapłaciliśmy 3348 jenów.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *