Maduraj

W kiepskim miejscu kiepskie spanie. Klima tak charczała, że na noc trzeba było ją wyłączyć, a potem w nocy było tak gorącą, że włączałem ją na trochę. Pokój tak mały, że wszystko mogłem robić nie wstając z łóżka. Dobrze, że do kibla trzeba było wstać bo nie zasiusiam po zakręcie. Po bananie i dalej na podbój Indii. Podbój skończył się zaraz na progu gdy zderzyliśmy się ze ścianą ciepła. Szukamy jakiejś restauracji na śniadanie. Niestety w zasięgu kilku minut jest tylko indyjski chlewik. Wchodzimy. Znowu to samo co wczoraj. Jesteśmy po 11 więc śniadania – jakie ono by nie było – już nie serwują. Teraz jest lunch i dają ryż. Jak widzę korytka i świnki to mi się podnosi. Iza jst jednak głodna więc zasiadamy. Ja zamawiam tylko kawę a Iza biriani. Kawa tutaj to też mistrzostwo świata. Że na mleku, że słodka – to standard. Ale ostatnio dostaję ją w małych kubku bez ucha z nierdzewki w wielkim, metalowym spodku który jest bardzo głęboki i sięga za połowę kubka. I pełno w nim mleka. Po co to dokładnie nie wiem. Początkowo myślałem, że po prostu kelner pierdoła tyle wylewa zanim doniesie tą kawę potem, że to mleko na dolewkę, ale to tylko domysły.

Przed jadłodajnią jest impra. Ulicą w tumanach spalin idzie pochód. Śpiewają, podskakują, bębnią, niosą coś jak obraz przyozdobiony kwiatami. Generalnie atmosfera karnawału. Tylko ten obraz jakiś dziwny – jakiś wypukły, chyba 3D. Hyymm – to nie obraz. Niosą nieboszczyka. Tak po prostu na półleżąco w kwiatach. Znaczy pogrzeb. Plan jest taki żeby pójść do kina. Ale gdzie one są? Jest informacja turystyczna, ale też ją trzeba znaleźć. Czyli to co zwykle. GPS skończył szukać w okolicach dworca, przewodnik odpowiada, że to trochę dalej, a tubylec, że to całkiem jeszcze dalej. Wchodzimy do biura. Pani ciężko jest się oderwać od komputera, a jak się odrywa to chyba nie wie dokładnie gdzie są tu kina – czy to w ogóle możliwe? A myśleliśmy, że Indianie w ogóle nie wychodzą z kina. Podaje nam jakieś dwie mgliste lokalizacje. Mgliste lokalizacje to my mieliśmy oprócz wielu innych mglistych rzeczy. Pierwsze kino, które ma być blisko, znajdujemy zalani potem po około 30 min. Seanse trwają, każą przyjść za 2h. Drugie jest daleko – bierzemy rikszę. Miało być wielkie kino – tak zrozumiałem w informacji a tu takie jak zwykle. Seanse trwają, każą przyjść za 2h. Kurcze – wszystkie kina grają o tych samych godzinach. Ok. decydujemy, że tutaj. Jest jakiś film w tamilskim. Trzeba się tylko przechować ten czas. Snujemy się po okolicy aż znajdujemy hotel, a w nim w miarę przyzwoitą restaurację. Ma klimę. Zabijamy czas – Iza deserem gulab jamun – słodkie kulki w zalewie, a ja sandwiczem z kurczakiem. W sumie czas ledwo drasnęliśmy, bo był duży i nie było łatwo.

Wracamy pod kino a tam już wpuszczają. Poganiani kupujemy jakieś bilety i lecimy ciągle nakierowywani przez obsługę. Film już trwa choć światła się jeszcze świecą i ludzie jeszcze wchodzą. Jest gwarno nikomu to nie przeszkadza. Sala kinowa trochę dziwna. Podłużna jak wagon. Rozsiadamy się. Na Sali jest porządkowy, który wybiera miejsca bo bilety nienumerowane. Olewamy go. Film jak to w Indiach o miłości. Po tamilsku ale ogólne przesłanie i główny nurt fabuły do odgadnięcia. Za to publika reaguje żywiołowo. Ciągle ktoś coś wykrzykuje albo pojedynczo lub chóralnie. W połowie filmu przerwa.

Coś mnie łamie. Bolą mnie plecy między łopatkami i jakoś mi dziwnie. Chyba mam gorączkę. Chyba klima mnie przewiała. W sumie fajny film, tylko chyba nie ten na który mieliśmy pójść, ale co to za różnica? Wracamy do hotelu, a po drodze szukamy apteki. Jasne – tak to było pełno, a jak się potrzebuje to nie ma. Nawet tubylcy nie rozumieją o co nam chodzi choć wymawiam słowo tak jak mają napisane nad apteką. W końcu jest. Kupujemy paracetamol na zbicie gorączki i pytamy o termometr. Pan wyjmuje wszystko ze szczelnie pozamykanych pudełeczek. Ma i bajeranckie elektroniczne termometry. Sprawdzam czy działa – działa, tylko temperatura otoczenia jakaś dziwnie wysoka. No tak termometr jest w Fahrenheit-ach. Mały problem jak wytłumaczyć sprzedawcy, że chodzi o stopnie Celsjusza? O ma też tradycyjne – rtęciowe z podwójną skalą. Krzyczy 400 rupii. Wydaje się za dużo. Pewnie byśmy wzięli ale nie mam na razie tyle kasy – trzeba do bankomatu. Gdy sprzedawca widzi, że się wycofujemy cena spada do 100 rupii, że to niby nieporozumienie – taaa. Jest nieciekawie. Termometr mówi, że gorączkę mam już 38,1 i chyba zaczyna mi się biegunka. Dramatu jeszcze nie ma i decyduję się na przeczekanie – biorę tylko paracetamol. Iza wymienia już kilka chorób na które mogłem zapaść z malarią na czele. I generalnie zaczyna się martwić. Myślałem początkowo, że to od klimy, ale od niej biegunki się nie dostaje.

Jest już chłodniej – wychodzimy na popołudniowe zwiedzanie dużej świątyni Sri Meenakshi. Jest blisko spacerkiem od hotelu. Tradycyjnie odganiamy się od sprzedawców wszystkiego. Mijamy salon Reliance. Czytałem od jednego internauty, że firma ta sprzedaje mobilny Internet (i telefonię). Próbowaliśmy kupić w Bombaju ale tam problemem było brak meldunku w Indiach. Radzono nam wtedy, żeby znaleźć kogoś z dowodem osobistym ichnim i stałym miejscem zamieszkania, kto zgodził by się podpisać papiery za mnie. Łatwo powiedzieć. Postanawiamy zrobić drugie podejście. Salon nieklimatyzowany i wkrótce cała koszulka przylepie się do mnie. Ale jest nadzieja. Pani cierpliwie tłumaczy mi wszystko i robi nawet demonstrację na swoim laptopie. Każe zrobić ksero paszportu, prawa jazdy (może być inny dokument z adresem) i dostarczyć zdjęcie. Zdjęcie mam bo zostałem ostrzeżony. Pani sugeruje, że dobrze by było przynieść laptopa i od razu zainstalować. Ok. szukamy ksero bo w Indiach takimi sprawami zajmuje się osobna firma. Kluczymy po uliczkach popychani kolejnymi wskazówkami tubylców. Jest, sprytne ukryty na piętrze. Tu się to nazywa Xerox. Płacimy 6 rupii. W drodze do hotelu po laptopa postanawiamy wspomóc lokalny smal biznes i wziąć rikszę rowerową. Kombinowaliśmy, że do hotelu jest blisko to chudy dziadek co prowadzi tą rikszę się nie zmęczy bo mieliśmy wyrzuty sumienia. Do hotelu rzut beretem to powinno kosztować 20 rupii i dziadek zarobi na obiad. Nawet nie ustaliliśmy ceny – błąd! Ruszyliśmy powoli i od razu nie w tę stronę co trzeba. Na razie nie robimy dramatu – w końcu dziadek potwierdził, że wie gdzie to jest. Na razie jednak się oddalamy. Riksza ostro kluczy jakby uciekała przed serią z kałasza. Zwracam uwagę rikszarzowi ale sygnalizuje ze wszystko jest ok. Tylko coś nie bardzo bo zaczyna pytać o drogę. Na piechotę już dawno bylibyśmy na miejscu. W końcu po 20 min docieramy na miejsce. Dziadek krzyczy 100 rupii. Śmiech na sali. No ale dzidek nic nie rozumie i macha rękami coś. Dobra dajemy mu stówę i niech spada. Stukam się na pożegnanie w głowę. W końcu to żadna kasa a mamy nauczkę. Po chwili jesteśmy ze wszystkim w salonie Reliance. Teraz już idzie gładko. Papiery, nowy modem i wyjaśnienie zasad. Podpisujemy umowę, instalujemy modem i aktywujemy Internet. Pani kuma czaczę tylko komunikaty z mojego laptopa trzeba jej tłumaczyć na angielski. JEST INTERNET! Jesteśmy online w Indiach! Kartę mamy 2 tygodnie potem trzeba dokupić. Za wszystko (z modemem) ok. 70$ jak za tyle frajdy – warto! W między czasie się ściemniło.

Idziemy na ostatnią atrakcję – świątynię Sri Meenakshi. Jest wielka i zajmuje wielki plac. Ma cztery ultra bogato zdobione wejścia, skierowane w 4 strony świata. Zaraz przypętuje się sympatyczny gość, który chce pomóc i gada po angielsku. Tłumaczy gdzie wejścia a gdzie trzeba zostawić buty i że w krótkich spodenkach mnie nie wpuszczą. Mówi, że za darmo przechowamy u niego buty i pożyczy mi seksowną facetową spódniczkę potrzebną do wejścia do świątyni. Oczywiście po powrocie obejrzymy tylko jego sklep ale nic nie będziemy musieli kupować. Sratata. Mamy dobre humory więc się zgadzamy. Do świątyni. Tradycyjnie przy tak znacznym obiekcie jesteśmy rewidowani. Bo do świątyni nie można wnosić papierosów i noży. Świątynia jest duża i tak naprawdę znajdują się tu ołtarzyki wielu bóstw. Dużo ludzi i dużo rytuałów – trudno się połapać. Wychodzimy. Po drodze apteka – dokupujemy aspirynę. Mała runda wokół świątyni i do hotelu. Jakoś trzeba będzie tam spać.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *