Indie południowe 2010

2 Maj

Ostatni dzień w Bombaju

Dzień ostatni. Mamy zamiar poszwędać się tylko trochę i poczynić zakup pamiątek. Doba hotelowa kończy się o 12 więc musimy się już spakować i opuścić pokój. Zostawimy plecaki na przechowanie na portierni. Jak głosi przewodnik, najlepszym miejscem na szybkie zakupy czegokolwiek jest Colaba Causeway – znana nam ulica – ponieważ zwiedzając Bombaj trudno na nią nie trafić. Tam też się udaliśmy. Ulica jak ulica tyle, że pełna straganów i sklepów. Pamiątki w tym wydaniu nie były zbyt precyzyjnym pojęciem, ponieważ nie mieliśmy nic konkretnego na myśli liczyliśmy raczej, że cos ciekawego rzuci się nam w oczy. Owszem, rzucały nam się w oczy różne rzeczy ale gównie kurz z ulicy. Dlaczego rzeczy w takich miejscach wyglądają jak ostatnie badziewie dla dzieci z Krupówek? Nie wiadomo. Między tymi wszystkimi straganami ganiał sprzedawca bębenków. Fajne były te bębenki – różnej wielkości i nawet bębniły. Co jest rzadkością ponieważ w Indiach różne oczywiste rzeczy nie służą do tego czemu miały. Nawet zastanawiałem się chwilę i kalkulowałem cenę i gdzieś w podświadomości już się targowałem. Chwilowo jednak krucho u mnie było z kasą i musiałem poszukać ściany, więc zagajałem bez przekonania. Natomiast sprzedawca był przekonany, że chcę kupić i zaczął od ceny 500rupii. Nawet tyle nie miałem i nie podjąłem targów ale Iza od niechcenia rzuciła ceną 250 rupii. Sprzedawca kategorycznie się nie zgodził ale poczuł grunt i postanowił iść za nami. Ostrzegłem Izę żeby się nie targowała jeśli nie zamierza kupić ale już było za późno. Przez następne 20 minut nie mogliśmy się od gościa odczepić. Jeżeli nawet świtała mi myśl żeby kupić ten bębenek to miałem dość gościa choć w końcu zszedł z ceną do wysokości proponowanej przez Izę. Miałem go serdecznie dość i w sumie sam sobie jest winien, że nie kupiłem. Byłem nawet na niego zły. Przez niego nie kupiłem bębenka. W końcu Iza straszyła go policją, żeby się odczepił. Policja chyba cieszy się tu złą sławą ponieważ na to hasło zwykle można się pozbyć największego natręta.

Iza miała ochotę kupić jakieś publikacje na temat Sharuka Khana. W pobliskiej księgarni mieli potężny album. Największe wydawnictwo jakie do tej pory widziałem i chyba przez niego autoryzowane. Nie tanie, ale potężne tomisko z wieloma zdjęciami. Iza mocno się wahała więc na razie odpuściliśmy. Sklepy powoli się kończyły, upał narastał a my nic nie wybraliśmy. Gdzieś po drodze trafił się „Cafe Coffee Day” sieciowa kafeja znana z innych miejsc. Klima tu trochę nie wyrabiała ale i tak było chłodniej niż na rozżarzonym zewnętrzu. Postanowiliśmy tu zadokować na czas największego upału. Trochę nie chciało nam się już chodzić. Chyba załapaliśmy klimat końca. W końcu jednak trzeba było się ruszyć. W drodze powrotnej już było łatwiej. Odrobinę chłodniej i pomysły się przegryzły. Namówiłem Izę na zakup tego albumu. Nawet udało się odrobinę utargować. Kupiliśmy jeszcze śmiesznie tanie płyty dvd. Bębenków widać nie było ale pacan jest i od niego i tak bym nie kupił. Oglądamy srebrną biżuterię. Wybór jest olbrzymi ale Iza szuka czegoś co w swym wzornictwie kojarzyło by się z Indiami. Wybiera kolczyki i chyba kolczyki. Nawet fajne. Po drodze kupuję pseudo tishirta z długim rękawem na zimny powrót do szarej rzeczywistości a Iza wyszukuje stylową poszewkę na Jasia. Na koniec lądujemy ponownie w Cafe Leopold. Głównie po to żeby w sposób w miarę cywilizowany skorzystać z WC. Ale jak już wyszliśmy to żal było nic nie zjeść.

Zrodził się plan pseudo oszczędnościowy. Na lotnisko można się dostać po prostu albo po krzywemu. Zaprawieni w bojach po krzywemu – nie wydawało nam się zbyt pokrzywemu. Słowem w imię oszczędności – jeszcze bliżej nieokreślonych, postanowiliśmy dostać się na lotnisko w sposób ekstremalny. Sposób ekstremalny polega na podróżowaniu ze wszystkimi możliwymi utrudnieniami. Podróż ta składała się z dojazdu na stację Church Gate, przejazd kolejką na stację Andheri i dalej innymi środkami transportu – patrz riksza – dojazd na lotnisko. Na mapie wszystko wyglądało świetnie. W rzeczywistości prawie też. Lecz prawie czasami robi sporą różnicę. O ile dojazd do stacji taryfą nie stanowił problemu – to podróż kolejką wypadła w szczycie. Wagony nie były już pustawe a nawet nie były pełnawe. Czy były wypchane? Może. Na mój gust były zajebane na maksa. Co z tego, że bilet tani jak nie mieściłem się za bardzo z dobytkiem w wagonie. Z każdą stacją dobijało ludzi wbrew fizycznym możliwością wagonu. Bałem się żeby nie zgniótł się żaden z cenniejszych przedmiotów w moim bagażu. Iza na szczęście znalazła kawałek miejsca siedzącego. Aby dojść do wyjścia musiałem ostro pracować łokciami a nawet zdzielić co niektórego. Co niektórym to nie przeszkadzało a nawet z entuzjazmem się odkuksowali. Potem miało być łatwo i tanio. Może kiedyś było ale pewnie rikszarze obczytali się przewodnika i rozpracowali tą metodę dojazdu na lotniska. Sytuację utrudniała ważność tego węzła komunikacyjnego. Zapotrzebowanie na transport w tym miejscu było olbrzymie więc zagraniczny turysta musiał mieć finansowe wsparcie dla swoich wymagań. Przy wysiadaniu z kolejki Iza zwróciła uwagę na Japończyka albo jakoś tak. Miał upewnić nas co do prawidłowości wysiadkowej stacji. Bo co miał by niby tu robić innego jak nie jechać na lotnisko. Okazało się to prawdą i wkrótce miał jechać dosłownie na tym samym wózku co my. Szybkie zapoznanie utwierdziło nas w naszych podejrzeniach. Gość był z Korei i faktycznie chciał się dostać na lotnisko. Postanowiliśmy się trzymać razem. Na stacji riksz było pełno ale na bieżąco były podchwytywane przez tubylców. Wielki chaos. Pierwszy rikszarz krzyknął 200 co wzbudziło w nas śmiech. Przewodnik mówił, że ma to kosztować ok. 30 rupii. Szybko okazało się, że ta cena w krótkiej perspektywie okazała się nie do uzyskania. Następny udawał, że nie rozumie a inny tubylec mówił żeby jechać na wskazania taksometru. Tego się trzymaliśmy ale gdy rikszarz po przejechaniu 50 m nie włączył taksometru zaczęliśmy się rzucać. Przypomniał sobie wtedy przynajmmniej liczebniki i krzyknął 150. Szybko wysiedliśmy – choćby dla zasady. Następny zgodził się za 100 co na troje dawało już w miarę uczciwą cenę. Koreańczyk po drodze zwierzył nam się, że rzuciła go dziewczyna i teraz musi podróżować sam. Z praktyczny spostrzeżeń – riksza może wieźć 3 osoby z plecakami. Miejsca nie ma z byt wiele ale nie jest też źle. Faktycznie było taniej. Trzeba jednak wybrać czy oszczędzamy 30zł czy podróżujemy z fantazją.

Na lotnisku wszystko jasne i nie wiadomo czemu wiele publikacji określa to lotnisko jako najbardziej chaotyczne na świecie. Jedyny problem to odprawa emigracyjna, gdzie trzeba wypełnić dodatkowy kwit z danymi osobowymi. Po innych formularzach w Indiach ten nie robi specjalnego wrażenia. Dostajemy do dodatkową pieczątkę wyjazdową do paszportów jeszcze odprawa bagażu i jesteśmy w strefie bezcłowej. Od razu udajemy się do WC żeby przebrać się już po naszemu. Długie spodnie i długi rękaw. U nas pewnie ze 12 stopni. Czyli pewnie ze 30 stopni różnicy. Chyba oczy nam nie zamarzną. Mamy dużo czasu bo mieliśmy rezerwę ale transport poszedł lepiej niż się spodziewaliśmy. Słowem 3 godziny na wydanie resztek kasy. Kupujemy napoje i zasiadamy na kawie w wygodnej kawiarni. Siedzimy tam oporowo i przed okrętowaniem wydajemy resztę kasy na najdroższe piwo na tej wyprawie. Ok 400 rupii, ale przecież trzeba było wydać. Samolot jest odrobinę mniejszy niż poprzedni ale tylko trochę. W rzędach przyokiennych trzy siedzenia. Jest za to bardziej nowoczesny. Każdy ma przed sobą własny monitor dotykowy i może samemu sobie wybierać program. A do wyboru jest sporo programów i filmów. Nawet jest już Awatar. No ale oczywiście na cały samolot jest jeden monitor uszkodzony. Jest to oczywiście mój monitor. Jestem zmęczony i mam to gdzieś. Choć jeśli będę miał dalej takiego pecha to pewnie odpadnie skrzydło z mojej strony. Reszcie się upiecze. Powietrze w Bombaju nie okazuje się inne i samolot szybko się wzbija bez wielkich opóźnień. Jest późno więc posiłki są lżejsze i to zaraz po starcie. Czeka nas 8h podroży do Monachium. Zaczyna mi być zimno. Klima działa na maksa i koce się przydają. Człowiek nie przyzwyczajony.

Tags:

Zostaw Komentarz