Indie południowe 2010

15 Kwi

Tanjore – Maduraj

Śpimy długo. Jest tak późno, że nie opłaca się teraz iść do głównej atrakcji Tanjore – Brihadishwara Temple. Nieśpiesznie więc się pakujemy. Hotel stoi przy rynku i w zasadzie wszędzie blisko. Wreszcie wychodzimy. Prosto w wir lokalnego życia. Dopóki nie otworzą świątyni musimy sobie poszukać innych atrakcji. Jest tu jeszcze Royal Palace. Po wyjściu z hotelu nawija nam się lokalny jadłodajnia. Wchodzimy bo w zasadzie oprócz bananów nic nie jedliśmy. Nie mogę oprzeć się czasami wrażeniu, że karmienie ma tu charakter karmienia trzody. Świnki grzecznie siedzą w zagrodach, a karmiciel chodzi pomiędzy i dorzuca coś do korytek. I wszystko na szybko. Tylko my – nie kumaci nie umiemy się zachować. Tubylec przychodzi, czasami nic nie mówi, dostaje od razu wielkiego liścia bananowca zamiast talerza i kubek z kranówką. Za chwilę przychodzi inny pan z garem ryżu i chochluje każdemu łychę. Potem pojawia się inny pan z takim poczwórnym naczyniem – w każdym inny sos z ważywami i wylewa po trochu obok ryżu na liściu. Gotowe, można jeść. Tubylec przystępuje do jedzenia prawą ręką bez żadnych sztućców. Miesza sobie palcami ryż z wybranym sosikiem i zapycha do ust. Jeżeli komuś się coś skończy zaraz przybiega odpowiedni pan i dochochlowuje. Każdy je ile może w cenie. Dostajemy menu. Znowu mają tylko jedno. Jest nawet spore. Możemy zamówić każde danie pod warunkiem, że będzie to ryż. Zamawiam Biriani a Iza ryż pomidorowy. Całe szczęście, że dają nam talerze i małą łyżeczkę do sosów. Ryżu jeść rękami nie będę. Mała łyżeczka idzie w ruch a Iza walczy ręką. Po chwili przyszedł jeszcze kelner i poustawiał nas bo zajęliśmy cały stolik na 4 osoby. Przesadził mnie obok Izy a naprzeciwko posadził dwie kobietki tubylcze. Tu kobieta nie usiądzie obok obcego faceta. Panie dostają liście i cały teatrzyk rusza od początku. Zaraz jak kończymy dostajemy rachunek i dowidzenia (100 rupii z napiwkiem).

Pałac był łatwy do namierzenia, ale kasa biletowa już nie. Jedni mówili, że w prawo drudzy, że w lewo a kilometry lecą. Wygląda na to, że pałacowy teren zamienił się teraz w małą wioskę i normalnie mieszkają tam ludzie. Jest też jakaś szkoła. Dlatego trudno się było zorientować gdzie kasa. Płacimy bilety za osoby i za aparat fotograficzny. Kamerę chowam i nie płacę, bo opłata wynosi 4 razy bilet. Nie opłaca się. Czasami przesadzają. I tak płacimy jako obcokrajowcy cenę 5 do 10 razy wyższą niż tubylcy. Rekord to 25 razy więcej. Więc ta kamera to już przesada. Tym bardziej, że obiekt taki sobie. Resztki jakiejś tam świetności i jeszcze musimy się oganiać od dzieciaków z pobliskiej szkoły. Niby to miłe, ale cięgle jakieś dziecko nas pyta jak mamy na imię, albo z jakiego kraju jesteśmy. Tylko tyle umieją po angielsku. Jeden mały zobaczył, że mam przy saszetce długopis i wysępił go ode mnie, co spowodowało zgraję chętnych na następne długopisy. Mieliśmy jeszcze jeden, szczęściem głęboko schowany. Potem obsługa kieruje nas w jakieś miejsce. Aaa to biblioteka i zbiory jakiś starych manuskryptów pisanych na różnych nośnikach i o różnych kształtach. Jakieś mapy itp. Wygląda na to, że najciekawiej zapowiada się dzwonnica bo przynajmniej będzie widok. Dzwonnica ma ciekawy kształt, ale nie niewiadomo gdzie ten dzwon miałby wisieć. Ale widok faktycznie ładny. I na pobliską tajemniczą świątynię i na Brihadishwarę. Czas minął. Idziemy do Brihadishwara Temple.

Do świątyń hinduskich wchodzi się zwykle bez obuwia. Zwykle też jest też coś na kształt szatni w pobliżu gdzie można zostawić sobie buty. Czasami jest to płatne a czasami nie. Zwykle też powstają wokół biznesy typu – niezależne przechowywanie butów dużo droższe i trzeba uważać. Przedsiębiorczy tubylcy pod przykrywką pomocy prowadzą zagubionego turystę do takiej przechowalni i jest już za późno. Tutaj jednak jest to nieźle zorganizowane. Kompleks świątynny nie jest wprawdzie bajerancko pokolorowany, ale jest duży i robi wrażenie. Jak zwykle jesteśmy dużą atrakcja dla tubylców, a jest tu ich dużo. Całe rodziny, wycieczki ze szkół, grupy nawiedzonych pielgrzymów. Ciągle ktoś robi sobie z nami zdjęcia. Najwięcej to ze zgrają studentek i studentów z jakiejś szkoły nauczycielskiej. Wychodzimy. W przechowalni chętnie by nas wykasowali jeszcze raz za przechowanie, ale ich spławiamy. Naprzeciwko przechowalni (ta przechowalnia to taka buda z przegródkami na buty ale czasami nawet dają tekturowe numerki) stoi słoń. Prawdziwy. Jako atrakcja dla pielgrzymów. Podaje się mu jakieś drobne słoń odbiera trąbą i podaje opiekunowi a potem głaska trąbą po głowie ofiarodawcy. Wypas. Robimy zdjęcia. Izie żal słonia, bo ma łańcuchy na nogach. Zajeżdżamy z klasa rikszą pod hotel choć to z 400m. Bierzemy plecaki i żegnamy się z obsługą. Bierzemy rikszę na nowy dworzec autobusowy który jest trochę za miastem. Kierowca rzuca ceną która jest niższa od naszego wymyślonego maksimum więc się nie targujemy. Kierowca jest szczęśliwy i podrzuca nas do wejścia autobusu do Maduraju więc z głowy mamy szukanie. Przed nami kolejne 4 godziny w autobusie.

Zazwyczaj w autobusie zastanawiam się jaki hotel wybrać na najbliższą noc i ile powinna kosztować riksza z dworca do hotelu żeby nie być potem zaskoczonym albo wiedzieć do ilu się można targować. Tym razem wybrałem hotel West Tower. Nie oszczędzamy bardzo na hotelach i jak już wspinałem wybieram pokoje z Klimą i nie w najtańszych hotelach. Ten hotel miał dobrą recenzję w przewodniku Lonely Planet. Plasował się pomiędzy klasą budżetową i średnią i rokował dobre nadzieje. Toteż gdy rikszarz dowiózł nas za 150 rupii (cena wydawała się dobra) do hotelu West Tower ok. 23:00 popełniliśmy pierwszy błąd. Zmęczeni, zaufaliśmy opisowi z przewodnika i dopisce de luxe na cenniku i nie obejrzeliśmy pokoju przed zapłaceniem. I zapłaciliśmy za 2 noce! Pokój większy ciut od chlewa ale w końcu jest nas tylko dwoje. Meble stare brudno i kibel narciarz. Jak rozłożyliśmy plecaki to prawie nie było już gdzie chodzić. No dobra cena może nie była taka zła – 850 rupii za noc ale za 1000 w innym hotelu mielibyśmy wypas. Pościel – wiadomo, że tu słabo piorą co widać po naszych ubraniach czasami, ale tutaj… biała nie była, ale jeszcze jakaś wytłuszczona. Chyba wcześniej robiła za obrus w jakiejś restauracji. Śpimy w śpiworach. Tragedii by może jeszcze nie było, bo nie o luksusy tu chodzi ale Iza znalazła jeszcze pluskwy. Jakieś pojedyncze, ale one to już gryzą. Rozwiesiliśmy moskitiery. Było nie było – czas spać.

Zostaw Komentarz