Indie północne 2012

28 Sty

Nagaur – Deshnok – Bikaner

Spałem nieźle a pająk całą noc siedział w swojej dziurze. Checkout jest o 12 więc nie ma pośpiechu. Był projekt zostania tutaj dwie noce ale musielibyśmy zmienić pokój bo były jakieś rezerwacje. Bez sensu – jak już się zbierzemy to na dobre. Poza tym główną atrakcję zobaczyliśmy wczoraj a miasteczko jest zadupiaste więc pewnie przenudziliśbyśmy się cały dzień. Na śniadaniu znowu sami w restauracji. Jacyś goście w hotelu jeszcze byli ale albo już jedli albo nie korzystali z restauracji. Dania wegetariańskie i nie ma jajek. Jeżeli knajpa jest tu całkowicie wegetariańska to nie ma jajek i czosnku i cebuli. Nie wiedzieć czemu bo tu jajek nie ma ale jest cebula. Są jakieś grzanki z dżemem. Zamawiam do kawy. Kelner podpowiada – bo akurat umiał 3 słowa po angielsku – że mają jeszcze sandwiche np. z serem. No to zamówiłem i to i to a Iza parathe z serem i curd i masala tea. Kelner dobrze wiedział, że grzanki to mało i namawiał na kanapkę bo dostałem maleńki tost z dżemem i maleńką kanapkę z milimetrowym plasterkiem sera białego. Obie szybko rozeszły mi się między zębami i dobrze, że Iza wsparła mnie swoją parathą. O kawę musiałem się upomnieć bo coś nie przynosili a jak przynieśli to było w niej więcej mleka niż kawy. To mógł być powód ich ociągania się a że się upomniałem to zamietli coś z dna puszek i się uzbierało.

Gdzieś tutaj w pobliżu jest dworzec autobusowy ale żeby nie krążyć bez sensu spytaliśmy tubylców. Jeden nas nawet kawałek podprowadził. Ciekawe że zawsze jak wchodzimy na dworzec to właściwy autobus już stoi. Tu to nawet pierwszy z brzegu. Nawet można było kupić bilety w kasie a nie u kondziora. Autobus jakby nowszy i jeszcze ma folię na siedzeniach. Pewnie po to żeby hołota nie nabrudziła. Speca od bagaży nie ma i nie wiemy co zrobić z bagażami. Kierowca kiwa głową to w lewo to w prawo i nic z tego nie wynika. Do bagażnika nie zapraszają. No to uwaliliśmy plecakiem na pokrywie silnika zaraz za wajchą od zmiany biegów. Kabina kierowcy oddzielona była przeszkloną ścianką z odsuwanym sporym oknem przez które wrzuciliśmy mu te plecaki. Na koniec sam tam wlazłem razem jeszcze z jednym hindusem bo zwykle obok kierowcy jest jeszcze jakaś kanapa a potem dosiadł się do nas jakiś gość z walichą. Kierowca i hindus co jakiś czas palili papierochy które wyglądały jak wysuszone zwinięte liście.

Deshnok okazał się wiochą jak na dzikim zachodzie. W tumanach kurzu zatrzymaliśmy się przed zamkniętym przejazdem kolejowym i kilka osób pokazało kierunek w prawo, że tam jest Temple. Spodziewaliśmy się czegoś większego a tu trzy ulice pośrodku pustyni. Autobus wysypuje ludzi po prostu na drogę. A my spodziewaliśmy się jakiegoś dworca. Wielka zakurzona tablica wskazywała słynną ponoć świątynię szczurów. Zabłądzić raczej trudno bo ulic jakoś niewiele. Wszyscy mijani pokazują nam kierunek choć w zasadzie nie da się iść inaczej. Kawa z budki u dziadka wygrzana w przypalonych garach smakuje jak powinna. Dziadek ma wiele do powiedzenia ale najważniejsze, że świątynia jest biutufuul.

W centralnej części wiochy stoi świątynia. No może świątyńka? W każdym razie nie świątynieńka. Otoczona narosłymi sklepikami. Zostawiamy plecaki tam gdzie się zostawia buty – przecież to oczywiste. Buty też tam. Wstęp jest darmowy tylko kamerowanie i foto płatne. Jest o tym informacja ale kasy niema a kasę się wrzuca do skrzynki. O moim nożu w plecaczku przypomniałem sobie jak bramka wejściowa zaczęła żałośnie skrzeczeć. Nikt się nie poderwał, nikt nic nie sprawdzał. Bramka po prostu sobie stała i działała. Dobrze, że nie kazał sobie wrzucić monety. Szczury w świątyni szczurów są. Może dlatego tak się nazywa. Wielkie szczury miały się kłębić między nogami, zalewając podłogę i łażąc po sobie. Tymczasem moje obrzydzenie słabło bo szczury wielkości chomików z sympatycznymi mordami piło mleko z wielkich misek. Szczurze rodziny spacerowały wzdłuż ścian a pojedyncze szczury spały pozawieszane na kutych z metalu płotkach. Nie było też ich aż tak dużo. Pozostało poczucie dyskomfortu spacerowania na bosaka przez posadzkę pokrytej szczurzym jedzeniem i pewnie ich kupami. Czy była biutifuul? Może powinienem kończyć historię sztuki. Bo jak coś nie ma porządnego procesora i fury pamięci jest co najwyżej ciekawe. A tu ani procesorka, ani rdzenia co najwyżej pamięć o dawnej świetności indyjskiej republiki. Krowa właśnie wyżarła z pobliskiego kosza zawinięte w folie skórki od bananów, które Iza 5 minut temu wyrzuciła. Wynrochała je spod skarpet które turyści uznali, że po wizycie w świątyni na boso, do niczego się nie nadają. Worek został wciągnięty razem ze skórkami jak kicha od salcesonu. Po czym krowa z szerokim uśmiechem oddaliła się do własnych zajęć.

Słusznie uznaliśmy, że autobus będzie odjeżdżał tam skąd przyjechał. Handlarze tam rozlokowali swoje budo-drewniane centrum handlowe i dbali o to żeby tumany pyłu wzburzane z drogi przez samochody nie osiadały im na towarze. Niestety polewanie poboczy wodą pomagało tylko na chwilę i tubylcy zawijali usta i nos w swoje chusty. Pierwszy autobus nas nie zabrał choć nie był znowu taki pełny. Nie wiemy dlaczego i na własne potrzeby wymyśliliśmy teorię, że za chwilę będzie następny i też musi zarobić. Pobliski przejazd kolejowy ciągle wachlował szlabanami i w miejscu gdzie czekaliśmy ciągle powstawał gigantyczny zator pojazdów. Zawsze wygląda to tak samo. Pierwszy przed szlabanem staje bo widzi szlaban. Jadący za nim widzi że ten przednim staje to natychmiast i bezmyślnie próbuje go wyprzedzi po czym widzi szlaban i staje. Ale ten jadący za nim widzi, że ten na początku i ten bezpośrednio przednim bez sensu stają więc natychmiast i bezmyślnie go wyprzedza. Po chwili cała jezdnia przed torami jest do cna wypełniona samochodami jadącymi w jedną stronę a po drugiej stronie torów jadącymi w drugą. Szlaban jak to szlaban – w końcu się otwiera i nagle naprzeciwko siebie stają dwie ściany samochodów wściekle na siebie trąbiących. Ciężarówki i autobusy nie mają jednego klaksonu. Mają całe organy klaksonów. I teraz te organy wszystkich aut wyją 10 minut w nadziei że druga strona się wystraszy. Żelazne maszyny ruszają na siebie powoli walcząc z dziurawą drogą i ma się wrażenie, że zaraz zewrą się w wielką kupę powyginanego metalu. Tymczasem stalowi rycerze wchodzą między siebie jak pod Grunwaldem. Pojazdy rozstępują się niemrawo wykrzesiwując resztki miejsca z poboczy i wpuszczając auta z naprzeciwka. Na 50 metrach drogi powstaje na kilkanaście minut chaos zaplatanych ciężarówek i autobusów. Świetny moment żeby wesprzeć wygłodniałe armie. I już wiadomo, że miasteczko zbitych z beleczego sklepików powstało tu nie przez przypadek. Sprzedawcy, pomocnicy sprzedawców wciskają w powyciągane z okien ręce chrupki, chipsy i wodę.

Autobus nasz nie wyłonił się bynajmniej z za torów lecz z trzewi wiochy. Lokalny autobus i prawie pusty. Nasza wcześniejsza teoria wydała się prawdopodobna. Tym razem obydwoje przycupnęliśmy w kącie przy kierowcy. Ale nie sami. Jeszcze parę osób się dopchało. Plecaki i plecaczki wylądowały pod przednią szybą zasłaniając kierowcy widok na całą lewą stronę. Lewe lusterko i tak miał zbite więc po co mu. Widać że Indie ewoluują. To co jeszcze niedawno wydawało się nie do pomyślenia staje się faktem. Zwyczaj zwyczajem a siedzenie siedzeniem. Na osłonę silnika i ławę obok kierowcy bez skrupułów wcisnęły się dwie starsze kobiety okutane w sarii. Miejsca było na chudy tyłek a tu dwa tyłki całkiem nie chude. No cóż resztę drogi miałem spędzić z okładem na kolanie z grubego tyłka. Nie wiem jak są montowane klaksony w autobusach ale mam wrażenie, że wewnątrz i że to pasażerowie mają tkwić w przekonaniu, że kierowca tak dba o to żeby szybko dojechać. Sporo osób już wysiadło i wydawało się, że zaraz dojedziemy do jakiegoś dworca w Bikanerze. No bo przecież jakiś dworzec musi być. Koniec trasy był jednak na ulicy nigdzie, pomiędzy jakimś stadionem a jakimś budynkiem. Sporo jechaliśmy przez miasto, więc musieliśmy być już z drugiej strony.

Jeszcze w autobusie wybraliśmy hotel i coś czułem, że nie jesteśmy daleko. Jak turysta stoi i myśli rozglądając się głupio to jakaś riksza zazwyczaj podjedzie. Głupio rozglądający się turysta jest potencjalną ofiarą. W nowym mieście bez wiedzy o odległościach, o miejscu w którym się znajduje. W zależności od faktycznej odległości i bezczelności rikszarza – minimalna stawka startowa to 100 rupii. Ten nie był tak bezczelny ale i tak utargowaliśmy z 10 rupii. I miałem rację bo hotel Harasar Haveli znajdował się w równoległej drodze. Wyglądał zbyt dobrze i nie na naszą kieszeń. Zaraz obok był zresztą drugi Desert Wings czyli pustynne skrzydła. Nie tu to tu. Przyzwoita portiernia może czasem być myląca. Portier okazał się profesjonalistą nieźle przygotowanym do tej funkcji. Pokoje są – może nas oprowadzić. Zostawiamy duże plecaki na portierni. Czasami ogląda się kilka pokoi i wspina po schodach czasami upierdliwie stromych i wąskich. Tu na szczęście były tylko strome. Idziemy do innego budynku za ten drugi hotel to od razu wzbudza nasz niepokój ale nie. Pokoje może nie są duże i nie mają telewizora, ale są czyste, świeże i ładnie pomalowane. Aż strach pytać o cenę. A cena 750 rupii. Jak za taki standard to tanio. Ale jak się bierze pokój na dłużej to ZAWSZE można spróbować coś urwać. Nikt się nie pogniewa. Choć za ten pokój to nawet mi się nie chce. Ale dało się. 3 noce po 650. Taniocha jak sobie przypomnę niektóre nory drożej albo w tej samej cenie. Pokój tani ale chyba odbijają sobie w restauracji. Zresztą świetnie urządzonej. Ceny wysokie ale dzisiaj i tak korzystamy bo późno i raczej nigdzie dalej się nie wybieramy. Jeszcze spacer po najbliższej okolicy. Już ciemno, ale trzeba uzupełnić zapasy. Woda, płyn do elektrycznego odkomarzacza i różne tam takie. W drodze powrotnej znów trafiliśmy na wesele. Najpopularniejsze dni wesel to piątek i sobota, ale tak naprawdę na wesele możne trafić w każdy dzień. Tu mała wariacje bo pan młody zamiast na koniu jedzie na spalinowym rydwanie gdzie na przodzie zamocowane są 4 wycięte z blachy konie – w otoczeniu dzieci. Już blisko hotelu zaczepił na manager z pobliskiej fabryczki rzeczy z wełny wielbłądziej. Nawet wiedział gdzie mniej więcej jest Polska +/- 1000 km ale to i tak nieźle. Przez pól nocy było jeszcze słychać petardy z tych wesel i jakiegoś nawiedzonego mnicha co śpiewał mantrę chyba do 3 w nocy.

Zostaw Komentarz