Bundi – Chittorgarh

Te rzeczy nie są dla nas ważne – musiałem to w końcu powiedzieć bo pociąg mamy za pół godziny. Ciekawe kto teraz będzie chodził w moich gaciach i Izy bluzce. Już wczorajsze niedostarczenie prania na czas było niepokojące a dziś rano odebrałem bez trzech rzeczy. Szef hotelu podjechał jeszcze do pralni mrucząc coś że gość lubi wypić. Niestety rzeczy zaginęły. Hindusom można wiele zarzucić ale takie rzeczy właściwie się nie zdarzają. Pralnie piorą tu góry prania i jeszcze się nie zdarzyło żeby się pomylili, zagubili, zamienili. Właściciel hotelu był speszony ale nie zaoferował zniżki ani np. darmowego podwiezienia na stację. Chciał z nami podjechać do tej pralni żebyśmy sami poszukali bo wiemy jak te rzeczy wyglądają ale jak usłyszał, że zostało pół godziny do pociągu to przestał się wygłupiać. Zadzwonił w przypływie odpowiedzialności po rikszę ale jakoś jej przyjazd się przedłużał i już sami zaczęliśmy się rozglądać. Przyjechał jednak.

Wiedzieliśmy, że dworzec jest daleko ale miasto się skończyło i nic. Ktoś chyba na zapas wymyślił dworzec w polu pietruszki żeby miasto miało się gdzie dobudować. No to chyba będzie tak stał jeszcze ze 20 lat. Nie ma tu stada riksz ani przed ani po podróżnej gorączki. Wczesne słońce ogrzewa pustawy peron, który leniwie czyści pracownik kolei. Wylaną wcześniej wodę zgarnia ogumowaną deską na kiju. Dworzec przyjmuje może z 10 pociągów dziennie. Niema więc tu zapowiedzi pociągów tylko zawiadowca wychodzi ze swojej nory co jakiś czas i bije w dzwon. Platforma jest tylko jedna więc nigdzie nie trzeba biegać. Sklepik już otwarty i przygotowuje herbatę zapewne na przyjazd pociągu. Pociąg zawsze stoi parę minut na dworcu i wielu ludzi wyskakuje na chwilę po herbatę, kawę lub przekąski. Tym bardziej jeżeli pociąg nie ma własnej obsługi. Tuż przed odjazdem daje długi sygnał i wszyscy wracają a z pociągu wychodzą ludzie którzy tylko przyszli odprowadzić np. rodzinę. Pociąg rusza bardzo powoli i nie rozpędza się zbyt szybko żeby ci wszyscy ludzie mogli wsiąść i wysiąść. Pociąg prawie pustawy więc nie zwracamy uwagi na to że nasze miejsca są zajęte przez mających ochotę jeszcze pospać. Rozsiadamy się po sąsiedzku. Do Chittorgarh mamy 2.5h. Chittorgarh jest ostatnią miejscowością przed Delhi. Planujemy tu jeden nocleg. Bilety na dziś i na podróż do Delhi zarezerwowałem wczoraj przez internet. Pociągi z Chittorgarh do Delhi były tylko trzy. Najbardziej interesują nas pociągi na noc żeby móc pospać. Niestety na pociąg który przyjeżdżał 6:30 nie było już wolnych miejsc. Zarezerwowałem więc slipper który jest w Delhi o 5:10. Kiepska to godzina. Bo będzie ciemno i zimno i nie wiadomo co z czasem zrobić aż będzie dzień. Można spróbować kupić tatkala. Czas kiedy mogę to zrobić zaczyna się właśnie teraz, w pociągu do Chittorgarh. Wyciągam laptopa i modem, ale oczywiście trafiła się zasięgowa czarna dziura. Jedziemy prze jakąś pustynię i mowy nie ma o zasięgu. Dopiero po godzinie złapałem na chwilę jakiś dobry przekaźnik. Całe szczęście, że tatkale jeszcze były, bo na popularne trasy potrafią się rozejść bardzo szybko. Kupiłem i jednocześnie zrezygnowałem z tych poprzednich. To będzie już ostatnia jazda pociągiem bo z Delhi rozpoczniemy odwrót.

Niektóre miasta w Indiach słyną z upierdliwych rikszarzy. Ci w Chittorgarh na pewno plasują się w czołówce stawki. Przekrzykują się nawzajem rzucając miejscami i stawkami i nazwami hotelów. Nic z tego nie można zrozumieć. Chcą nawet dowozić do hotelu naprzeciwko dworca najpierw za 10 a potem za 5 rupii. Nigdy nie słyszałem o takich stawkach ale tu chodzi o coś innego. Podstawową atrakcją w Chittorgarh jest fort. Ale nie jakiś tam forcik tylko forcisko. Nie należy może do najbardziej urokliwych w Indiach ale ma ze 7 km długości i nawet teraz mieszka na jego terenie 5000 osób. Pierwsze co rzuca się w mieście to mury fortu na wzgórzu. Atrakcje wewnątrz porozrzucane są na sporym terenie i są tam normalnie drogi. Przewodnik sugeruje zwiedzanie rikszą. Tak więc rikszarze polują na taką okazję zwłaszcza jak okazją ma być turysta z zagranicy. Mało pracy łatwa kasa. Najłatwiejszym – z ich punktu widzenia – jest złowienie klienta dobrą ceną na początek, np. przy podwożeniu do hotelu i w czasie jazdy namawianie na zwiedzanie fortu. Padają różne kwoty i długości wycieczki. My jednak chcemy najpierw znaleźć hotel, rozbić obóz, ogarnąć się trochę i dopiero myśleć co dalej. A oni już chcieli nam nawet zostawiać bagaż w przechowalni na dworcu, zawieźć, przywieźć z powrotem i wsadzić w pociąg.

Przewodnikii nie oszczędzały hotelom tutaj negatywów. Coś tam jednak zaproponowały. Naprzeciwko dworca było nawet 4 hotele zamiast jednego. Ale 150 metrów dalej jest hotel Mera i od niego chcemy zacząć. Oganiając się od rikszarzy którzy chcieli nas tam podwieźć doszliśmy tam w 7 minut. Niestety brak wolnych pokoi. Recepcjonista ostrzegł, że po tej stronie rzeki może być problem z hotelami bo dziś jest bardzo dużo wesel i dużo gości weselnych nocuje w hotelach. Wracamy w pobliże dworca oganiając się od rikszarzy. Sprawdzamy jeszcze dwa i w każdym miejsc brak. Postanawiamy pojechać w rejon dworca autobusowego w okolicy którego też jest parę hoteli. Rikszarz 5 razy się dopytywał czy chcemy tylko do dworca. Bo może jednak najpierw chcemy zobaczyć fort. Bo autobus do Udaipuru jest za 2h to on zdąży nas obwieźć po forcie. Patrzył jeszcze za nami z żalem gdy dla niepoznaki znikaliśmy w głębi dworca autobusowego. W zasięgu wzroku nie ma jednak żadnego hotelu a według mapki w przewodniku powinien znajdować się po drugiej stronie ulicy. Idąc wzdłuż drogi rozglądamy się w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki. Jest jakiś mały Hotel Natraj. Skoro już tu doszliśmy co szkodzi spróbować. Recepcja nie budzi zaufania a recepcjonista musi po kogoś zadzwonić bo jego angielski skończył się na słowie room. Z doświadczenia jednak wiemy, że to nic nie znaczy, czasami recepcja jest bajerancka a pokoje kiepskie a czasem jest na odwrót. Oglądamy pokój. Mała ciemna nora z narciarzem. Światłą akurat nie ma więc wydaje się jeszcze mniejsza i jeszcze ciemniejsza. Ale cena… 150 rupii. Za 150 rupii ten pokój nie był nawet taki zły. Droższe – lepsze ogólnie są ale zajęte. Ale sprawdziliśmy ten hotel bardziej z ciekawości a jak wspominałem zapotrzebowanie na wygody rośnie. Idziemy do głównej ulicy oddalając się od fortu. Opędzając się od rikszarzy namierzyliśmy ciekawe lokalne knajpy – doszliśmy do głównej ulicy. Przy niej główny budynek który się rzuca w oczy to Hotel Vinayak Palace. Budynek spory ale trzeba mieć fantazję żeby go nazywać pałacem. Recepcja malutka – pokoje mają. Ten który oglądamy to trójka. Jest duży z dużym telewizorem LCD, z balkonem i wieloma oknami. Ma też dodatkowe wyposażenie a to już rzadkość. Ma krzesła, ławę i małą sofkę. Minus – okna wychodzą na ruchliwą ulicę. Łazienka przyzwoita. Przyzwoita łazienka w Indiach to taka która ma muszlę, jest w niej na tyle miejsca, że można się obrócić, ma umywalkę i lustro. Poza tym są standardowo zorganizowane. Jeżeli jest ciepła woda to nie w prysznicu i nie w umywalce. Pod prysznicem znajdują się 2 krany na wysokości bioder. Jeden z gorącą wodą drugi z zimną. Średnia wychodzi jaka taka. Na wyposażeniu jest wiadro i małe wiaderko z uchem. Mieszamy wodę w wiadrze żeby była w sam raz i polewamy się małym wiaderkiem. Zimny prysznic dobry na lato a teraz raczej ma wartość symboliczną. W ogóle prysznic nie jest jakoś specjalnie wydzielony od reszty łazienki. Nie ma kabiny, brodzika czy zasłony. Po prostu krany i prysznic gdzieś na ścianie. Czasami woda z pod prysznica płynie przez pół łazienki do kratki np. obok ubikacji. A jak łazienka jest mała to pryskamy po wszystkim. Cena 850rupii. Zostajemy tylko jedną noc więc nie ma się co targować. Zresztą to dobra cena za ten standard. Młody chłopak co robi tu za pokojowego przychodzi za nami do pokoju. To częsta metoda. Przynosi ręczniki, czasami papier toaletowy i mydło. A jeszcze bardziej czasami zabiera bagaże. Często zostawiam plecak w czasie oglądania pokoi bo trzeba się nalatać po piętrach a schody w hotelach potrafią być jak drabina. Wtedy właśnie po akceptacji cen zdarza się, że ktoś nam wnosi plecaki do pokoju. Wypada wtedy sypnąć z 10 rupii. Niestety bagaże tutaj musimy sobie wnieść sam ale chłopak miesza przełącznikami w pokoju żeby nam wszystko włączyć. Niestety nie ma prądu a zasilanie awaryjne ledwo działa i wiatraki kręcą się jak młyn wiatrowy a żarówka w łazience żarzy się jak papieros. Daję mu tą dychę żeby sobie już poszedł.

Chyba najbardziej charakterystycznym punktem orientacyjnym w forcie jest wieża zwycięstwa. Łapiemy z pod hotelu rikszę i każemy się tam zawieźć. Rozczarowany rikszarz 3 razy się pytał czy aby na pewno tylko w jedną stronę i czy może jakieś zwiedzanie rikszą fortu. Do fortu prowadzi 7 bram. To niby takie miało być zabezpieczenie ale fort był ponoć 3 razy zdobywany. Nic dziwnego bo mury miał tylko podwójne. Poza tym rozciągnięte jak układ trawienny krowy. Nic dziwnego, że w końcu stolicę stąd przeniesiono. Siedem bram mijamy serpentynami pod górę. Chwilę potem kasa. Dziwnie jest to zorganizowane bo fort jest terenem zamieszkałym. My się wyróżniamy ale tubylcy mogli by po prostu wejść za friko. Riksza po prostu staje przy kasie kupujemy bilety po 100 rupii i jedziemy dalej. Rikszarz nie płaci bo on nas w końcu tylko przywiózł. To zwiedzanie fortu z rikszy to chyba kiepski pomysł. Zwłaszcza jeśli ktoś ma więcej czasu i lubi połazikować. W okolicy wierzy zwycięstwa znajdują się chyba najważniejsze rzeczy w forcie. Okoliczne świątynie, rytualny zbiornik i zrujnowane pałace eksplorujemy nieśpiesznie do wieczora. Do niektórych obiektów wymagany jest bilet który kupiliśmy wcześniej, a do niektórych dodatkowy jak np. do muzeum. Muzeum olewamy. Z okolic zbiornika rozciąga się widok na miasto. W ruinach pałacu Kumbha obserwujemy zachód słońca. Rozpoczynamy powrót na piechotę ale wkrótce zabiera nas riksza za 20 rupii za osobę. Jedziemy z innymi pasażerami bo riksza zwozi spóźnialskich turystów z fortu. Tutaj riksze pozbawione są części bagażowej na korzyść dodatkowych miejsc siedzących. Jak się dobrze sprężyć to wejdzie 6 do 10 osób. Zresztą riksze tutaj często służą jako gimbusy dla dzieci do szkoły. Wysiadamy przy dworcu autobusowym podanym jako punkt orientacyjny. Czas na obiad w upatrzonej poprzednio knajpie. Trudno nawet powiedzieć jej nazwę bo nawet wizytówka którą dostaliśmy jest w hindi. Dobrze że menu jest chociaż dwujęzyczne. Generalnie mimo spartańskich warunków lokalne knajpy potrafią być mniej rozczarowujące niż turystyczne. Najczęściej są jednak wegetariańskie. Stąd do hotelu tylko chwila.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *