Agra

Drugi raz jest łatwiej. Po prostu i we wszystkim. W ogóle mam wrażenie, że nie wyjechaliśmy z tych Indii na długo. Wszystko jest tu bez zmian. Poziom trudności w zorganizowaniu czegokolwiek poważnie zmalał. Wiadomo że trzeba zlewać nachalnych, nie reagować na każde zaproszenie, że targowanie to podstawa. Zresztą jak cena akurat jest niska to czasami nawet nie warto.

W nocy łomotał deszcz i waliły pioruny. To nowość. Ranek przywitał nas chłodny i pochmurny. Nieśpiesznie opuściliśmy leża dając sobie czas na adaptację strefy czasowej. Mimo chłodu sylwestrowej nocy nawet nie zmarzliśmy. Pewnie dzięki tym ciężkim kołdrom, którymi przykryliśmy nasze śpiwory. Na śniadanko mamy 3 kroki. W zasadzie to zaraz za drzwiami bo tam jest taras z restauracją. Restauracja to jak zwykle w Indiach za dużo powiedziane. Od kuchnia 2 na 3 metry parę okopconych garnków i dwóch zarośniętych oturbanionych tubylców. W hotelach i restauracjach zawsze pracują faceci. Stoły z ceratą albo bez, minimum wyposażenia. Aż dziw, że menu może z takiej kuchni być takie długie. Tu na dodatek serwują niezłą herbatę masala. Bardzo mocno doprawioną – chyba z imbirem. Na śniadanko – które niestety nie było w cenie pokoju – zamówiliśmy nieśmiertelne tosty i omlety. Okutani w polary konsumowaliśmy wpatrując się w lokalne życie. Dzielnica w której wylądowaliśmy to podobno stara zabudowa budowniczych Taj Mahal. Stąd do samego Taja jest najbliżej. I to w zasadzie główny punkt dzisiejszego dnia. Tymczasem wąskimi uliczkami poniżej tarasu kwitło lokalne życie. Domki utkane jeden przy drugim i na drugim, rozwalone albo niedokończone. Wzdłuż wąskich dróżek spokojnie sączyły się rynsztoki w których wesoło grzebały sobie domowe zwierzątka i spacerujące krowy. Te ostatnie czasami nawet otwierały sobie drzwi do przydrożnych domostw w nadziei na coś smaczniejszego niż tylko odpadki. Tu i tam przechadzały się wielbłądy. Dzień jak co dzień w nigdzie w Indiach.

Przedzieraliśmy się poprzez gęstniejący z każdą chwilą tłum ludzi, samochodów i riksz w kakafonii klaksonów. Wąska droga to Taj Mahal zagospodarowana była kramami z pamiątkami i typowymi przysmakami Indyjskiej kuchni przydrożnej. Z nowości – przypiekane ziemniaki w plastrach, ala frytki z wooka, oraz dmuchany ryż ulepiony z przyprawą. Kolejka do wejścia zaczynała się dobre 200 metrów wcześniej. W wąskiej uliczce usianej śmieciami i resztkami krowich kup, które w nocy deszcz wypukał z rynsztoków. Zapowiadało się długie czekanie. Ale najpierw bilety. Booking office to ciemny pokój bez okien w którym dwóch facetów przy świeczce sprzedaje bilety w gołych ścianach. Dla turystów z zagranicy bilet droższy tylko o 37,5 raza a więc prawdziwa okazja. Wiedzieliśmy, że wejście z plecaczkami będzie problemem więc zostawiliśmy je w hotelu. Przy okazji pogadaliśmy sobie z Polakami po angielsku bo oni nie wiedzieli, że my nie wiedzieliśmy, że oni są Polakami. Są trzy wejścia. Podobno przy bramie wschodniej jest najmniejsza kolejka. Tam będziemy próbować. Bramy są obstawione żołnierzami w hełmach i z karabinami maszynowymi. Czujne oczy spod hełmów wypatrują dywersantów, terrorystów i Pakistańczyków. Kolejka jakaś taka nie krótka a na dodatek zakręcona. Ponoć jest wejście osobne da kobiet. Faktycznie – nikogo tam nie ma. Żołnierz z pod hełmu w pobliskiej strzelnicy wymamrotał że Iza ma tam iść a ja ścieżką wyznaczoną z barierek obok. Iza trafiła od razu do kontroli bezpieczeństwa a ja w kolejkę facetów z 10 m przed bramką. Byli głęboko nieusatysfakcjonowani że przybył im jeszcze jeden gość do kolejki i coś zaczęli pokazywać że wejście dla mnie jest obok. Ale obok to weszła Iza. Ok poszedłem i oczywiście wlazłem na zdziwioną panią która ma kontrolować kobiety. Wyszczerzyłem do niej zęby w uśmiechu ale mnie nie wpuściła i kazała przejść pod barierką obok. I znalazłem się – nic z tego nie rozumiejąc w – bramce kontroli tylko z jedną osobą przede mną. Kontroler z groźną miną obmacał mnie i musiałem się tłumaczyć z każdej rzeczy którą wnosiłem. Iza miała gorzej bo dopatrzyli się u niej mini statywu o długości 10cm. To bardzo groźny przedmiot. Można nim zrobić przez 20 lat podkop i uciec z więzienia, wybić nim troje oczu naraz, ewentualnie rozmontować cały Taj Mahal! To Taj Machal destroyer! Tak niebezpieczną rzecz nie można tak po prostu wnieść. Zawołany szef strażników z triumfalną miną uniósł artefakt i zarządził zdeponowanie go w bezpiecznym miejscu a miał nim być pobliski sklep. Iza powiedziała mu żeby sobie go wziął i wyrzucił. Chyba się nie spodziewał bo okazało się że może poleżeć na wartowni do naszego powrotu. He he. Teren Taj Machal jest olbrzymi. Dużo zieleni i ścieżek. Całość jest otoczona czerwonym murem, grobowiec jest z białego marmuru a z jednej strony kompleks graniczy z rzeką. Ludzi multum głównie lokalni. Turystów o europejskim wyglądzie na lekarstwo. Trudno zrobić dobre zdjęcie bo ciągle ktoś się wpycha w kadr. Ale obiekt naprawdę fajny. Zwłaszcza z zewnątrz. Niektóre z wyznaczonych ścieżek były opisane jako „dla turystów z drogimi biletami” jak się okazało dla nas. Pozwalało to ominąć niektóre tłumy albo wejść gdzieś krótszą drogą. Z miejsca gdzie Taj styka się z rzeką widać również fort w Agrze który planujemy zwiedzać jutro. Dostrzegliśmy też chybotliwą łódkę przewożącą kogoś na drugi brzeg. Zaczęliśmy się zastanawiać jaki widok mógłby być z tamtego brzegu. Cały czas pochmurno i dość chłodno ale w gorące dni musi być tu wielkie glacowisko.

 

 

Po jakiś 3 godzinach postanowiliśmy wyjść. Iza sprytnie odgrzebała nasz statyw i przez nikogo nie zaczepiani opuściliśmy Taj. Postanowiliśmy przejść się drogą wzdłuż muru Taja w stronę rzeki o wschodniej strony – tam gdzie poprzedniego wieczora po zmroku nie chcieli nas przepuścić żołnierze. Droga wiodła przez ośmieciowany las z ruinami budowli w których nawet ktoś pomieszkiwał. W krótce doszliśmy do rzeki gdzie przy jakimś budynku stacjonowało parę żołnierzy z kałachami, którzy mieli za zadanie bronić Taj Machal przed atakiem od strony rzeki. Gdyby podpłynęły tamtędy okręty wroga i wyrzuciły desant byliby z pewnością przygotowani. Przydała by się im jeszcze artyleria. Od razu jakiś gość zaproponował nam za 150 rupii za dwie osoby małą rundę łódką po rzece. Łódka to stara krypa napędzana drągiem w której pokład jest na równi z burtami, więc nie ma tam ławeczek ani nic. Można tylko stać lub siedzieć bezpośrednio na dechach. Ale i tak atrakcja. Tym bardziej że do tego nabrzeża niewiele osób dociera i płynęliśmy tylko z jakąś parą młodych Koreańczyków. Szybko okazało się, że to pomysł trafiony bo widok z rzeki na Taj był naprawdę znakomity. Wracamy do hotelu po plecaki. Po drodze obiad w lokalnej jadłodajni – kurczak masala, Garlic nan i dla Izy coś zielonego. Zaczęło się ściemniać i zaczęliśmy się zastanawiać co z resztą dnia. Postanowiliśmy spróbować w ciemno do kina. W przewodniku brak informacji o kinach. W GPS jest 20. Ale do którego? Działamy na łut szczęścia. Pierwszy rikszarz chciał 200 rupii za kurs. Eeee. Drugi za 80 obiecał zawieźć gdzie grają lokalne filmy. Jedziemy. Mijamy pogrążoną w ciemności naszą dzielnicę. Znowu brak prądu. Nad głowami latają metrowe nietoperze – całkiem romantycznie. Kino okazuje się być w centrum handlowym. Oaza komercji ale w wydaniu indyjskim. W centrum hali małe wesołe miasteczko i salon gier. Parę sklepów ale Lee już splajtowało. Całe 1 piętro opuszczone a na 2 kino. Grają Don 2 z Sharukiem Khanem. I to za 15min. Top 1 dla Izy. Ale co to? Bilety sprzedają na samym dole. No przecież to oczywiste. Tylko wszystkie schody ruchome jadą do kina a żadne w dół. Jest winda ale te 2 piętra jedzie z 7 minut. A w windzie jest windziarz. W kasie się dogadałem. My mówimy 2 bilety na Dona a on pyta czy na 18:45 a ja pytam czy to cena czy numer miejsca. Bo po co w ogóle zaczynał mógł po prostu nam sprzedać te bilety. Film startuje jak zwykle hymnem narodowym Indii. Wyświetlają filmik gdzie żołnierze stoją z śnieżnej burzy w górach z wielkim powiewającym indyjskim sztandarem. Jest podniośle. Dopiero potem czas na film. Nie nudziłem się. Połowy tekstów nie rozumiałem ale to generalnie strzelanka więc wszystko jasne. A przerwy w połowie filmu przydają się na siusiu. Film skończył się dość późno ale nie wszystko jeszcze zamknęli w centrum handlowym. Sporzywczaka już domykali ale do sklepu z ciuchami weszliśmy. Nawet były ceny. Obleciałem na szybko ale nic ciekawego nie znalazłem. A Iza i owszem. Wybrała sobie sztruksowe ubranko w stylu Indyjskim. I można było zapłacić kartą. Po wyjściu przyszło oczywiście kilku rikszarzy ale chcieliśmy obejrzeć pobliskiego McDonalda w wydaniu Indyjskim. Wybór spory, ale wołowiny nie ma. Kurczakburgery, seroburgery do wyboru i nawet frytki, ale krowy nie ruszają. Z ciekawości zamówiliśmy. Iza seroburgera a ja kurczakoburgera. Ilościowo to chyba było w nim tyle samo panierki co kurczaka. Rikszy powrotnej oczywiście nie trzeba było szukać bo to ona nas znalazła i przygoniła swojego właściciela. Chwilę potem byliśmy na miejscu.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *